MiauKot pr
Blog > Komentarze do wpisu

Gdzie kotów sześć, tam nie ma co jeść

Brachol, gnany nagłą potrzebą, głuchy na moje kasłanie, niezbyt przytomny wzrok i odgłosy kapiącego z nosa kataru, wyciągnął mnie na szybkie zakupy spożywcze. Na jutro MUSI mieć sałatkę jakąś do pracy. I ja mam mu ją zrobić. W pierwszej chwili pomyślałam sobie o części ciała, w którą może mnie dziabnąć, ale potem... se, se, se... ktoś nas do weta zawieźć przecież musi, takiego argumentu z łapy nie wypuszczę ;)

Dobra. No to szykujemy.

Na poczatku szło nieźle: makaron się gotował, pomidory, ogórki i ser ciachaliśmy w kostkę, lajcik. Gdzieś tak po godzinie stwierdził, że będzie tego zbyt mało. Co pomyślałam, nie  powiem, bo nie zaznaczyłam, że blog dostępny tylko dla dorosłych, niemniej muszę stwierdzić, że czasami język polski jest naprawdę niesamowicie dźwięczny.

Mieliśmy już 2/3 porcji obliczonej dla ośmiu osób (przyrządzanie cudu kulinarnego miało przebieg ratalny, gdyż nie dysponuję jednym naczyniem, które pomieściłoby mieszankę 4 worów gotowanego tortellini +dodatki). Szło zbyt łatwo. Coś po prostu musiało się stać.

Zjawiła się Melka, która makaronik  lubi. No co poradzi? Lubi i już. Próbki, które otrzymała, najwidoczniej tylko rozbudziły apetyt, gdyż koteniek postanowił wziąć sprawy w swoje ... łapki. Wskoczył na blat kuchenny, brachol chciał Słonika (ksywa domowa Meli) ściągnąć,  kot się wydygał i wskoczył na półki wiszące nad zlewem. Źle wymierzył, spadł, ściagnął za sobą kielonek z winem (aaa, no bo winko czerwone piliśmy przy pracy), przewrócił michę z sałatką i poszedł w długą. Uciekł, znaczy się. 

Szkło wpadło do komory zlewu - w sporej części. Wino skutecznie zalało półkę, szafkę i umyte naczynia, miska podzieliła się zawartościa swą z podłogą.

W kuchni pozostało pięć futer, pałętających się pośród szczątków ogórka, pomidora i makaronu, brat, ze stoickim spokojem kończący pisać sms-a i ja. Nawet się nie wkurzyłam. Co tam rozwalony kieliszek (po babci) i dwa talerze, obświnione winem naczynia i meble, podłoga w szkle i makaronie, dywan do prania - kotom nic się nie stało, większość sałatki ocalała. Mój kieliszek też :) No to czym się tu denerwować?  Wywaliłam towarzycho do pokoju i tyle. Przynajmniej nie muszę już przed weekendem myć kuchni :) A i koty szczęśliwe, bo coś się działo.

O, i sąsiedzi będą przeszczęśliwi, bo dopiero teraz piorę spodnie, które miałam na sobie, a w których jutro zamierzam pójsć do pracy. Efekt wirującej pralki w okolicach północy - bezcenne wrażenie ;)

czwartek, 27 listopada 2008, ewko77

Polecane wpisy

  • Specjaliści od nadmiaru

    Wczorajszy wieczór: Jeśli masz za dużo zupy pomidorowej, wyjmij garnek z lodówki, postaw na piecu i wyjdź z psem na spacer... Teraz w mieszkaniu odbywa się szta

  • Parówkowi skrytożercy

    Ostatnie dwa tygodnie były dość intensywne, że tak to eufemistycznie ujmę, toteż chyba stres zaczął dopiero schodzić, skutkiem czego - zaspalim. Właściwi to ja

  • Działkowcy

    W skrócie:  Tosia porzyguje, Koko porzyguje. Ja mam w robocie takie zapiernicz w tym tygodniu, że nie będę mieć kiedy taczki załadować, nie mówiac o wypraw

TrackBack
TrackBack URL wpisu: