| < Luty 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          
Zakładki:
Co w sieci piszczy...
Coś dla podniebienia
Kontakt
KotoTotek: zagraj - wygraj!
Nieco historii
Scenki z życia moich futer
Z kotem w roli głównej
Zajrzyj
 MiauKot pr

Sierściuchy

niedziela, 29 stycznia 2017

26 stycznia, dokładnie miesiąc po śmierci dziadka - tak jakoś wyszło, zawiozłam Sabiszona na ostatni zastrzyk. Mam nadzieję, że nie czekałam z decyzją zbyt długo.

To czwarte - po Kluni, Zosi i Jurku - zwierzę, które w wynku mojej decyzji pobrykało za TM. Strata kociaków - każdego jednego glutka - zabolała mnie bardzo... Z odejściem Sabci sobie nie radzę. Ja wiem, że to był "tylko" pies, ale se nie radzę.

Wczoraj zmusiłam się do ogarniecia chałupy. 

Na zgrzebełku - kłaczki Sabci.

Pod łózkiem - w połowie pociamkana kość - gryzak.

W kocim kartonie - pałeczka ze skórzana, oskubana z suszonego mięsa, w które była zawinięta.

W łózku - pluszaki, które sobie namiętnie znosiła, kiedy mnie nie było w domu. 

W lodówce opakowanie żółtego sera - coś, co wciągała, kiedy już nie chciała jeść nic. 

Strzykawka, którą dzień przed eutanazją pakowałam jej do pysia rozrobionego conva.

Ścierka, którą ogarniałam umazany convem pychol.

Zapas worków w przedpokoju. 

Koc, capiący immunactivem, którego nie chciała przyjmować, a że było wiadomo, że mowa o dniach - nie zmuszałam jej. 

Pootwierane paczki z karmą - bo mozę coś zje. Smaczki - niech ma na drogę...

Pogryzione zakrętki. Zawsze gdzieś jakąś dorwała.

Zalożę się, że pod lodówką znajdę jeszcze łupiny orzechów włoskich - kociaki zrzucały ze stołu, bąbel rozgryzał i wyjadał środek...

Po zlożeniu mataraca, ktory miał jej ułatwiać wchodzenie na tapczan i odstawieniu kosza na bieliznę - który blokował możliwość zeskakiwania z łózka bezpośrednio na podłogę [miała schodzić po wspomnianym materacu] - w pokoju zrobiło się paskudnie przestronnie. 

 

Kilka dni wcześniej poszłyśmy na działkę... 

s3

s6

s4

s2

W lecznicy wytrzymałam do podania głupiego jasia. Nie dałam rady być do końca.
Jak dojechałam do domu - nie wiem. 

 

niedziela, 01 stycznia 2017

Ogólnie jest dobrze, aczkolwiek nie beznadziejnie, jak to mówi moja znajoma. Za jakieś dwa tygodnie planuję zrobienie porządku z paszczą Czarnej. Przez porządek rozumiem ogołocenie paszczy z zęboli. A że Młoda przy ostatniej sedacji była uprzejma się zatrzymać - wicierozumicie. Stan paszczy i futra [jest coraz gorzej] każe myśleć, że to dobra decyzja. Jeśli się okaże, że po wyrwaniu zębów dziąsła nadal są do dupy, to się pogryzę...

Tu opisywałam początek kłopotów z nogą Saby. W tym tygodniu czeka nas biopsja i powtórne RTG.  Nie wiem, czy mam się nastawiać na amputację czy eutanazję. Bo nie wyglada to nic lepiej... Opcje jak na razie to: "zapalenie okostnej/zerwanie przyczepu mięsnia i stan zapalny/ neo". A że człek se przypomina różne okoliczności, kiedy to Saba ociagała się z wchodzeniem po schodach albo nóżka się piesku omsknęła - przy skoku na tapczan czy na schodach , albo były kłopoty ze wstawaniem... Zwalałam na stawy, w końcu Babcia to rocznik 2002. Wyniki krwi gites. Tarczycowe ładne. Preparat na stawy podawany. No co się moze dziać? 

Karol był uprzejmy się przed świętami letko przytkać, na szczęście nie trza było go udrażniać mechanicznie. Pajac jest cały czas na RC Urinary, a przychodzi moment, raz na kilka miesięcy, kiedy zaworek odmawia posłuszeństwa. Od kilku dni kicha. Jest taki jakiś - nie wiem...

Ktoś namiętnie leje w kociej wieży - podejrzanych brak. Nie wiem, czy Czarna czasem coś z kuwetą nie kombinuje, nie umiem jej przyłapać na gorącym uczynku. Kopała, kopała i poleciała niczym strzała. A Tosia musi mieć odetkane [ZNÓW] gruczoły przy doopce. 

Ocipieję.

Jutro powrót do roboty. Standardowo - panika/histeria. Cel: nikogo nie ubić, nie poryczeć się publicznie, nie odreagować na niewinnych. W piątek żegnaliśmy nestora rodziny... Po ostatnich paru tygodniach bliskich spotkań z polską służbą zdrowia - systemem i ludźmi [uogólniam] - stwierdzam, jakkolwiek to zabrzmi, że nie jestem tak przywiazana do życia, żeby kiedyś znaleźć się na ich łasce.  

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Słońce wyszło, zatem Sabolca wytargałam na działkę. No i tak trochę doopa wyszła, bo teraz czekam na wieczorny spacer, nie oddychając zbyt głęboko: psina znalazła pachnidło ukryte skrzętnie pod choinkami przez jakoweś żyjątko. Kotecka najpewniej. Znalazła i normalnie jak na promocji w drogerii - nie żałowała se, oj nie. Tylko nikt nie pomyślał o słoiczku z kawą...

Wyro zabezpieczone. Niech się nacieszy, zaraza jedna. Po wieczornym spacerze będzie pranko. I suszonko. No i gdzieś posiałam jej kubrak, w którym chodziła rok temu po operacji, kiedy świeciła golizną tu i ówdzie. A, no i pojawiaja się jej na ciele nowe dziwne i dziwniejsze narośle: wczoraj wymacałam coś na ogonie. Polazłam po szczypczyki i do dzieła: dobrze, że się przyjrzałam, bo to nie był kleszcz... Wygląda jak pęcherz z cieczą jakąś. 

Jako mistrz logistyki wstałam dziś o czwartej, żeby podać CzarnejZarazie euthyrox. Przed ósmą miałam być w lecznicy - kontrola poziomu hormonów tarczycowych. Miałam być. Zaspałam . Poza tym dziąsła nadal do dupy. Sierść do dupy. Łysawe uchole, łyse placki na piętach, łysy placek na łapie - wygolony dwa miechy temu przy poprzednim pobieraniu. No dobra  - mechunio taki delikatniusi się pojawia nieśmiało. Nic no, merdniem się po świętach. 

Z tytulu ferii zimowych zamiast nart w Aspen zafunduję jej chyba jednak rwanie zębisk. Nie wiem, nie ogarniam. Jeśli to bedzie zła decyzja, to zafunduję jej ból po rwaniu, a i tak steryd bedzie musiała wcinać nadal, a i dziąsła nadal bedą naparzać. Młoda generalnie ma wywalone: właśnie wykopała pojemnik ze świąteczną wstążką - gra w hokeja... A nie, przepraszam - właśnie rozpracowuje wierzbowe witki, które przytargałam z działkensa [wystarczyło przysypać ziemią resztki pnia wierzby mandżurskiej posadzonej i ścietej przez poprzednich właścicieli, a odbiło toto jak głupie]. Taaaka impra. Zatyczek do umywali i brodzika do dziś nie znalazłam...  

 

edycja. O 20.00 Saba pojawiła się w kuchni - u wodopoju.

Kuleje mocno na lewą tylną...

Wracała z działki normalnie... Ki czort :[

 

niedziela, 04 grudnia 2016

Nie robię żadnych noworocznych postanowień, ale gdybym robiła, zapisałabym, co następuje:

1. Pamiętać, żeby nie zapominać o unikaniu sytuacji [czy to jeszcze ma sen?], kiedy odpalam pralkę i zaraz potem włażę pod prysznic.

2. Wbić se do łba, że położenie blaszki [świeżo wyjęte z dyni pestki chciałam wysuszyć] na suszarce do ubrań NIE JEST, powtarzam: nie jest! wystarczającym zabezpieczeniem zawartości przed kotoma. Tak, Czarna [zwana ostatnio Monisią vel Monią - nie pytajcie, nie wiem...] odkryła nową miejscówkę...

 A w ogóle to od jakiegoś czasu przyswajam nową rzeczywistosć, jaką serwują prostemu ludowi wszelkiej maści "eksperci" i trochę mi to przyswajanie opornie idzie. To się, qrna, nie dzieje... 

 

PS. Czarna to Monia, Soda to Zdzisia... 

sobota, 05 listopada 2016

Autocytat najwyższą forma cytatu jak wiadomo, dlatego kopiuję swój styczniowy wpis. Schronienie spełniło swoją rolę. W drzwiczkach wycięty został otwór zasłoniety przezroczystą pleksi, czy jak sie to tam zwie - dzięki temu wiem, kto siedzi w środku, kiedy chcę wymienić posłanie. Drzwiczki zostały wzmocnione o zamknięcie na metalowy skobelek  - nie ma opcji, by ktoś przedarł się do piwnicy. Na poczatku kocur sąsiadów coś tam se poznaczył, ale jak obczaił, że polar pod zadkiem to fajna sprawa i głupio smrodzic w sypialni, odpuścił. Kupal zdarzył się jeden, jakiś incydent ze zlaniem posłanka takoż był. Poza tym tylko błotko naniesione przez kociastych, pajunki i jeden zaspany motyl. Jest czyściej niż myślałam.

Oto on i wpis:

 

Yes, yes, yes! - jak to onegdaj wykrzyczał pewen Kaźmierz. Wreszcie udało się zmontować schronienie dla podblokowej kotki - tej, która chadza ze mną po bułki, odprowadza na działkę i eskortuje psa w czasie spacerów.

W poprzednich latach jakoś sobie radziła, wchodząc do piwnicy przez rozbite okno sąsiadów. Kto czytał blog, może pamięta wzmianki o tym, jak to spędzałam upojne chwile na myciu piwnicznej podłogi, która to szmaty nie widziała chyba nigdy. Dokopałam się do samego betonu, o. I po jakichś trzech miesiącach walki z odorkiem kociego moczu i wynoszenia kocich kup [gdyż kłólewna odmawiała korzystania z kuwety zimą, co nie przeszkodziło jej trafiać latem, kiedy w klatce kenellowej ustawionej w piwnicy dochodziła do siebie po sterylce], stwierdziłam, że never więcej. 

Zainspirowało mnie to rozwiązanie [nie znam źródła... nie zapisałam :(]:

 11800423_10152878598546150_4815790994925806348_n2

Wykorzystaliśmy zdobyczną [sąsiedzi robili remont kuchni] szafkę, w plecach której pojawił się otwór wejściowy [15x15 cm]. Szybę zastąpił fragment tryptyku, który daaawno temu wisiał nad moim łóżkiem ;) Między płytą a plecami szafki powstał "przedpokój". Muszę pomyśleć nad dociepleniem Hiltona [nazwa żywcem ściagnięta z wątku miaumowej czitki]. Na razie jest tam kartonowa kuweta wypelniona polarkowymi ścinkami. Zastanawiam się nad wstawieniem kartonu obabulanego styropianem na wzór domków dla kotów wolno żyjących. Kotulec lukał nieśmiało do środka. Czy skorzysta - nie wiem. Wstawiłam tackę Animondy na zachętę - akurat nie miałam żadnego cukierka, by położyć na poduszce obok ręcznika złożonego w łabądka ;) Do kwiaciarni po płatki róż czerwonych a pachnących takoż nie chciało mi się brykać. 

 

12507467_913962065319347_9140191851614948267_n

IMG_1648

IMG_1651

Lepiej, by tri raczyła korzystać z apartamentu. 6 godzin walki w piwnicy, godzina błądzenia po markecie w poszukiwaniu wszelkich przydasiów, które przydać by się mogły,  gile do pasa [ewidentnie nie wydalam oddechowo przy nagromadzonym kurzu], zakwasy od przytrzymywania różnych rzeczy, kpina z BHP - nie będę wdrażać nikogo w szczegóły ;) i totalnie zniszczona infrastruktura metropolii wzniesionej i zamieszkanej przez całe pokolenia pająków. Także, kocie, kolorowy zadek w troki i do szafki marsz!

IMG_1633

W teorii kot ma gdzie się schować, nie lata po piwnicach [czytaj: sąsiedzi nie skarżą się na pchły, kupy, kałuże, sierść i wychładzanie budynku], od zewnatrz nic nie rzuca się w oko. Jak będzie? Ano, się zobaczy. 

piątek, 28 października 2016

A właściwie miś...

Idzie długi weekend. Plan przewidywał dwie rzeczy:

1) bezplanie,
2) bezludzie.

W trosce o moją kondycję społeczną, żebym czasem nie zdziczała [do reszty], Czarna postanowiła wydalać z siebie różne substancje i to obydwoma końcami układu pokarmowego. Idzie jej całkiem gracko. 

wtorek, 25 października 2016

TV. 
Reklama.
Gość siada na kanapie, zarzuca ratki na siedzisko. 
Oskarpetkowane ratki.
Moja pierwsza myśl... ale takie zupełnie BEZ sierści? 

Kurtyna.Jedzie z nami lekarz?

- - - 

Po miesiącu z haczykiem podawania Euthyroxu hormony tarczycowe CzarnegoDekla skoczyły z poziomu "nieoznaczalny" na level "o, coś tu mamy". W górę poszedł też cholesterol, to akurat niefajnie. Nie wiem, czy ta tarczyca to u niej osobny temat czy pochodna stanu zapalnego (w dziobie) zbjanego sterydem. A cholesterol? Po sterydzie? Muszę odkopać wyniki z zeszłego roku i porównać poziomy. 

 

 

niedziela, 16 października 2016

Łóżko.
Noc.

23.15 - Karol przełazi nad głową, po moich włosach, by zająć  miejscówkę na poduszce.
00.04 - Wycie. Czarna upolowała swojego pajączka i ogłasza tryumf.
01.30 - Mela drze japę w kuchni. Od paru miesięcy między północą a drugą w nocy. Krew oki. USG, RTG brzucholca - spoksio. Powód darcia nieznany.
03.00  - Karol wraca na swoją miejscówkę, tym razem wybierając drogę po moim brzuchu [czy tam kręgosłupie, do którego wnętrzności się przykleiły. Koteniek waży cirka 6 kilo]. Sąsiedzi - o ile nie śpią - mogą podziwiać piękno qrwistej mowy polskiej.
03.02 - Tosia warczy niczym brytan. Bo Karol... 
03.03 - za Karolem nadciąga Soda. Via włosy. Moje. Tosia osiaga kolejny lewel warku i wqrwu.
04.10 - O. Znalazła się piłka z kociego toru zabaw. Bynajmniej nie w torze... Przewracam się na bok, Karol wplątuje swoje przednie łapska między moje. W nosie mam sierść. Albo wibrysy. Wolę sierść. Wibrysy łaskoczą.
05.00 - Zaczyna wyć alarm w lodówce - zamrażarka nie trzyma temperatury. Wracam do łóżka, potykajac się o CzarneZuo.
05.03 - Sprawdzam godzinę na komórce. Materializuje się Koko - strzela barana w komórę, która to leci se gdzieś w pościel, odbiwszy się wprzódy od mojej kości policzkowej. Koko happy. Mruczy jak trabant.
06.15 - Czarna w poszukiwaniu żarcia namierzyła michę z psimi chrupkami. Żeby do niej dotrzeć, trzeba było wdrapać się na półkę z książkami. Obrywam kantem "Gastrofazy".
7.30 - Budzik. Pies sam się nie odsika. Znaczy - lepiej żeby nie... Zbieram zwłoki. Własne. Pies udaje, że nie wie, o co lotto. Przewraca się na drugi bok. Stoję w przedpokoju, sabuję, dzwonię uprzężą...  Sukces. Po pieciu minutach gwiazda podnosi łepetynę, patrzy, ziewa, przeciąga się... Sru! Zeskakujemy na parkiet - pancia podstawiła co prawda złożony w kostkę biedronkowy materac, żeby na stare lata psina miała łatwiej i se gnatów nie połamała, ale ej... Podstawiła, niech omija. 

Gdzieś tam jeszcze był galop zakończony naparzanką [chyba siostrzane czułości Sody i Koko], ktoś przebiegł przez naczynia w zlewie, woda z miski była rozlana, no i Kokodyl próbował przegryźć sznurek od żaluzji. Kopania w kuwecie nawet nie wspomnę, bo to pikuś. I chruptaka wbijajacego się w udo. A, jeśli w nocy czujecie zapach sosu pieczarkowego, to wiedzcie, że zapomnieliscie schować garnczek do lodówki. Karol nie zapomniał poszperać... 

Także teges... Branoc Państwu.

środa, 21 września 2016

Dzisiejszej nocy Melka znów miaukoliła. W czasie, kiedy była na lekach, to się nie zdarzało. Dwójeczka w kuwecie złożona, wczoraj - po ryjodarciu, dzisiaj - po południu [w ciszy i skupieniu]. Sorkens, jeśli kogoś tematy kociego urobku brzydzą czy nudzą, ale to dla mnie akurat ważne: odwykłam od kociej syreny rozlegającej się między północą a wczesnymi godzinami rannymi. Próbuję dojść, co się w tym słonikowym łebku czy brzuchu? jelitach? dzieje. Powinnam założyć jakiś papiórowy dziennik obserwacji [jak kiedyś w podstawówce, kiedy babka z gery kazała kierunki wiatrów zapisywać przez kilka dni... muszę dodawać, że każdemu wiało inaczej I BYŁ TO ABSOLUTNY DRAMAT I TRAUMA? ;D]. Wykładałabym na stół elegancko przy każdej wizycie w lecznicy, bo mi z wiekiem pamięć i poczucie czasu szwankują.  

Lolkowi odcięłam dojście do kabiny. Albo będzie lał do kuwety, albo... znajdę ślady gdzie indziej. 

Aaaa... no i fota barłogu mojego:

Mimo wysokiej jakości fotki - robim, co możem! - da się jednakoż zauważyć składowisko duerelków kurzo- i sierściochłonnych popełniane dzień w dzień przez psa mego jedynego. Biała plama to Słonik/Melek/WyjecPółnocny. Później dołączyły inne potworzyska: czarne, biało-bure zaworkowe, bure-wiecznie-wqrwione i blondina. PeTris w petrisie...  

 

źródło

wtorek, 20 września 2016

Karol przyłapany na sikaniu do ujścia kabiny prysznicowej. Czeka nas akcja przetykania zaworka? Żry RC Urinary i saszetki urinovetu. Pytań brak... Wyszywanie cewki moczowej budzi we mnie raczej średni entuzjazm, by nie rzec: Karolu Lolu i zaworku - nie idźcie tą drogą!

Apetyt chrupkowy Meli z kolei [uwaga, czuję, że rymuję] nadal generuje zastrzeżenia. Dzisiaj pierwszy dzień bez tabsów. Prawa strona paszczy Czarnej zapalona. 

Dobra. Skupmy się na plusach... Saba ma apetyt. Koko reaguje, kiedy przywołuje ją dziadek [mnie ma w doopie. Kot znaczy mnie ma, nie dziadek]. Nikogo nie ubiłam. Nie wypowiedziałam też na głos kilku spostrzeżeń, które... mniejsza z tym. O, no i zaraz zjem obiad.

poniedziałek, 19 września 2016

Uprzejmie donoszę, że eksperyment z wydłużeniem CzarnejZarazie czasu między dawkami calcortu do dób trzech, był pomysłem z d...uszy wziętym. I jako taki zakończył się fiaskiem. 

Dziękuję za uwagę. 

PS. A popos pomysłów wiadomych: słyszeliśta newsa o oddziałach obrony terytorialnej, które mają bronić polskości na rzekomo proniemieckim Śląsku? [P]oseł z Czeladzi się martwi. Czy ja już dziękowałam z głębi serduszka wyborcom pisowskiej zarazy, która idzie jak ruski czołg po wydmach, powiewając sztandarem "teraz, qrwa, my, a po nas choćby potop!"? No, to senkju. 

 

niedziela, 18 września 2016

CzornyDekiel to koteńka, która od dłuższego czasu sierść miała fatalną. Nie pomagały karmy, preparaty, kąpiele. Nic. Tłuste strąki. Badania krwi niczego niepokojącego nie ujawniły do momentu, kiedy na tapet wzięto tarczycę. No i bingo. Dół taki, że aż niemierzalny. Niedoczynnośc tarczycy jak ta lala. No. I teraz chciałam opisać, jak wygląda sobota - czas sprzątania - z koteckiem i jego niedoczynną tarczycą [czytaj: powinna cholera być flakiem, nie?]

Wyjmuję z półki kosz z płytami - miejsce kosza momentalnie zajmuje Czorno. Odkurzone etui lądują na podłodze - na nich zaś sadowi się kot. Kosz wjeżdża na swoje miejsce - próbuję na wierzchu upchnąć atlas, przed oczami migają mi jednak łyse pięty czornego kotecka, który wciska się w 10 centymetrową szczelinę.

Dobra, to robimy kuwety: zsypuję zużyty żwir do jednego wora, śmigam z kibelkami kocimi do łazienki. Z pokoju dobiega odgłos szurania. Czorno kopie... Wracam. Zamiatam. Dwie szufle pełne piasku lądują z powrotem w worku. Ustawiam kuwety. Dekiel tarza się w jednej z nich. Zapomniałam o nożyczkach, żeby rozciąć nowy wór ze świeżym piachem, idę więc do kuchni. Po drodze uważam na czarnego węża, który wokół moich kostek kręci ósemki. Spoglądam pod nogi: patrzą na mnie zielone oczyska. Odwracam się, potykam o kota... Wracam do pokoju, walcząc o utrzymanie równowagi, bo ósemki... wicie, rozumicie...

W progu następuję gołą stopą na pająka. Pająk w piekielnej klasyfikacji pułapek jest level wyżej niźli klocki lego. Walczę o zachowanie pionowej postawy: przeciwnicy to ósemki + pajunk. Kiedy przechodziłam do kuchni, NA BANK tego tałatajstwa nie było...Pajunka znaczy.  

Wsypuję nowy żwir - Czorno przeprowadza próbę generalną. Tarza się. Dokładnie...

OK. Lecimy z podłogami, starannie omijając zezwłok Dekla rozkładającego się na świeżo umytym parkiecie. Leżysz pod regałami? OKI, to przejdę pod okno. Albo i nie, bo spod kaloryfera łypie już coś zielonego. Chcę zarzucić fotel na tapczan, ale któż, och któż rozłożył się na siedzisku?

No i tak dalej...

No. I dlatego jeśli to kot cierpiący na niedoczynność, to ubezpieczenie chałupy na okoliczność wrażej działalności kota zdrowego nie jest głupim pomysłem, nie? 

 

Kto mnie zna, wie, że jestem mistrzem asystematyczności. Wirtuozem ostatnich prostych i deadline'ów. Nie, nie jestem z tego dumna, ale chyba trza to wreszcie wziąć na klatę i tyle. Wiadomo, że ćwiczenie czyni mistrza, a z moim stadkiem nie jest łatwo dbać nie tylko o rozwój, ale i zachowanie wymienionych umiejętności na określonym - doskonałym! - poziomie.  No bo tak: terminarz musiałam zacząć prowadzić. Ale nie taki jak zawsze, wiecie - żeby torebka na wietrze nie furkotała [i było w czym malować na konferencjach i szkoleniach]. Nene. Normalny: i to od razu w dwóch wersjach - w komórce i w wersji papiórowej [bo komórka chyba niedługo wyda ostatnie tchnienie, termiarz może się zgubić, a straty materiałów bym spokojnie nie przyjęła].

No więc tak:
Saba musi przyjmować 1 tabs na tarczycę dziennie i dawkę preparatu na stawy.
CzornyDekiel: 2 razy dziennie po 1/3 jednego tabsa na tarczycę [to trza było podzielic, wiecie... na trzy części...juz na tym etapie się spociłam] i po 1/8 strydu na dziąsła co dwa dni [obecnie zaczynam drugą próbę wydłużenia czasu miedzy podaniami dawek, dzis mija trzecia doba od ostatniej dawki i dziasła nadal OK].
Mela: 2 razy dziennie po pół tabsa przez 5 dni (jeszcze jeden plus wieczór dzisiejszy) i po 2 krople żelu 2 razy dziennie do patrzałek obu (dożywotnio).
Tosia - kapsułki na sierść, codziennie po jednej.
Karl po saszetce urinowetu.
Podblokówka - antybiotyk.

Soda i Koko zre RC calma, Karol jest na urinarce, Tosia i Czarna - na RC Skin, Mela - co akurat raczy jeść, bo chrupki nie budzą jej entuzjazmu od jakichś dwóch tygodni [powód nieznany, dobrze że przynajmniej nie ucieka już [jeszcze?] na widok jedzenia...]. Podblokówka żry wsio. Saba - hm... 
Sodzie musiałam jakoś zaaplikować krople między uszy. Krople no stress :D (powinny być krople no stress dla opiekuna, który próbuje podać uspokajające kropelki małemu wqrwowi).
Koko musi mieć podcięte pazurki: przygotowuję się psychicznie przy pomocy wiśniówki. Od jakichś dwóch, trzech dni się przygotowuję... Nie, nie histeryzuję :)

 

14233212_1043798302335722_4329763639768164132_n

Podając tabsy Meli, jestem spocona jak mysz. Boję się, że ją udławię. Reszta [bez Sody i Koko] łyka wrzucony specyfik niczym karp zanetę, a ta - albo wypluje, albo wygląda, jakby miała zaraz zejść. W oczach jęzor się jakiś fioletowawy robi. A może dziąsła? Pyszczek? Nie zwiewa [kota, nie jęzor], grzecznie czeka, wie, że nagrodą będzie guermecik w sosiku. W żarciu tabsior nie przejdzie - gadzina wydłubie go z mięska niczym bezzębna babcia orzeszki z toffifee [żarcik taki był, jeśli ktoś kojarzy - o babci, która dzieliła się z kierowcą autobusu orzeszkami, a ten nieopatrznie zapytał, skad bierze takie dobre...].  Apetyt nadal ma kiepski - po szczycie formy w środę, kiedy myślałam, że problem z jej niejedzeniem mam z głowy, okazuje się, że radość była przedwczesna. Czy się zdziwiłam? Phi...

Od wczoraj zaczyna pokichiwać Tosia. Plus te jej womity - wygladają na takie spowodowane zbytnia łapczywością, niby nie zdarzają się codziennie, ale... a bo ja wiem? BTW... WOMITY - bardzo podoba mi się to słowo, zasłyszane niedawno. Gdybym była pisarzem fantasy, nazwałabym tak jeden z gatunków zasiedlających karty mojej książki. Womity - plemię pielgrzymów. Tułaczy. Odkrywców Nowego Świata. Kolumbów, błehehe... 

No. A ja się w tym wszystkim niczym siostra Marta czuję [ta, co to jej dr Strosmajer od gołębic wygarnął].

sobota, 17 września 2016

Aparat zakosił brachol [no właśnie...], komórką pstrykam, no i cóż: jak widać,  grunt, że z grubsza wiadomo, o co chodzi [reszta pozostaje w  pamięci :D - odgłosów uchachanego psioka i tak fota nie odda]. Słowem - Saba na działce wygląda tak:

14370047_1046214612094091_164053598505517060_n

To ta blondiplama na tle zieleni, tuż za plamą fioletową, zadkiem rozpraszająca światło. Standardowo wytarzała się we wszystkim. Nie wiem, czy nie zawarła jakiego cichego układu z okolicznymi kotami, jeżami, ptaszorami i nie wiem, kto tam jeszcze chadza się wypróżniać na moim trawniku... A propos wypróżniania: dopadłam książkę Roach [tej od "Sztywniaka"], "Gastrofaza" się dzieło ono zwie i zapowiada na wciągającą lekturę :) No i pozostając w temacie; minione dwa tygodnie to u Sabiszona wymioty, biegunka, dychawica siakaś, brak apetytu. Nie w tym rzecz, że wciąż - bo bym już dawno w lecznicy była, niemniej... Upały, odpust we wsi, duszne noce? W listopadzie mamy badać krew na okoliczność sprawdzenia funkcjonowania tarczycy [psiok wcina Euthyrox od kilku miesięcy], ale przerzucę to raczej na październik.

14355661_1046214632094089_7789704987382836168_n

Zimowity obrodziły tej jesieni. Muszę wykombinować, jak toto kosiarką objechać. Drzewko, pod którym rosną, chyba i tak wyląduje w innej części działki, bo się marnuje: 2. rok z rzędu pojawia się kilka kwiatków, coś tam się zawiązuje i... no i tyle by było w temacie. Za ciemno? Za wilgotno? Przeciag? Rodzicielka kupiła sadzonki rododendronów - nie mam ich chyba gdzie upchnąć. Likwiduję warzywnik, bo nie mam jak go ogarnąć. Chwasty rosną na potęgę. Zostawiam tylko ogródek ziołowy. Zagospodarownie  terenu pod p... prze... pod choinkami... nadal w powijakach, bo koncepcji mam milionpięćsetstodziewięćset. Na minutę. Skończy siezapewne tak, że cholerstwo wytnę w pień, jak jałowce: najpierw się przez dwa lata szarpałam, żeby je ogarnąć, odnowić, popodcinać a na koniec i tak pooooszły, ustępując miejsca bylinom.

Poza tym taka konstatacja mi we łbie się ulęgła: chłopa potrzebuję. Albo kilku. Nie mam kim orać, a trzeba wynieść z pokoju słusznych gabarytów kredens - taki PRL-owski. Kiedyś go potraktuję opalarką [kredens, nie chłopa] i zrobię na cacy, ale na razie stoi i nie pozwala rozłożyć linoleum.  Pomysłów na wyjście z impasu brak. Po wyniesieniu-rozłożeniu-wniesieniu chop rzeczony mo wolne :) To ostatni etap remontu wnętrza działkowego domku [w tym roku]. 

środa, 14 września 2016

Kiedy dowiadujesz się, że jeden z twoich kotów cierpi na niedoczynność tarczycy i to chyba taką w kosmos wyrąbaną, sądząc po tym, że w labie skali brakło i nie wiesz, czy leczyć, czy zostawić jak jest [dżołk taki].

Nadmienię, że teoretycznie niedoczynność powinna z Czarnego Dekla zrobić apatyczną niemrawą dętkę. Nie wiem, czy moje nerwy, stado i chałupa są gotowe na Czarną z unormowaną tarczycą ;) Ona ma generalnie śmigło w doopie... Kota, nie tarczyca. To śmigło...

I tym sposobem na osiem istot zamieszkujących moje apartamenta [pająka, który się rozgościł na siatce zabezpieczającej okno, nie liczę], trzy brykają z niedoczynnością. Za dwa tygodnie wbijam do endokrynologa - cosik mi się na tarczycy własnej wyhodowało, także tego... 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42