| < Styczeń 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Co w sieci piszczy...
Coś dla podniebienia
Kontakt
KotoTotek: zagraj - wygraj!
Nieco historii
Scenki z życia moich futer
Z kotem w roli głównej
Zajrzyj
 MiauKot pr

Sierściuchy

czwartek, 06 grudnia 2018

Słoniś pobrykał za TM.

Niby od lata wiedziałam, że trzeba będzie najprawdopodobniej podjąć decyzję, ale nie przypuszczałam, że w pewnym momencie sprawy potoczą sie tak szybko. 

Wraz z odejściem każdego zwierzołka odkrywam rzeczy, których już nie będzie. Odkąd zabrakło Tosi, karton mleka moze soie stać na blacie kuchennym - nikt nie zrobi z niego sitka. Nikt nie pakuje się przede mną do łazienki i nie wpycha łba pod kran. I nie sra na łazienkowy dywanik...

Melka namietnie sypiała w pralce. Nie przepuściła żadnemu jajku - sam odgłos tłuczonej skorupki stawiał ją na nogi (poza tym ostatnim razem...). Nikt nie będzie mnie lizał po czole i nosie, i mrufffkał do ucha. 

Uwielbiam każdego z moich futrzaków, ale Klunia i Melcia to byly te moje koty. Ja je wybralam, a one - na szczęście - jakoś to przełknęły. Wszystkie pozostale kociaki albo zostały przez zasiedzenie, albo "wyrwałam je z ekosystemu". 

Życie ssie. 

 

 

 

Słoniś pobrykał za TM.

Niby od lata wiedziałam, że trzeba będzie najprawdopodobniej podjąć decyzję, ale nie przypuszczałam, że w pewnym momencie sprawy potoczą sie tak szybko. 

Wraz z odejściem każdego zwierzołka odkrywam rzeczy, których już nie będzie. Odkąd zabrakło Tosi, karton mleka moze soie stać na blacie kuchennym - nikt nie zrobi z niego sitka. Nikt nie pakuje się przede mną do łazienki i nie wpycha łba pod kran. I nie sra na łazienkowy dywanik...

Melka namietnie sypiała w pralce. Nie przepuściła żadnemu jajku - sam odgłos tłuczonej skorupki stawiał ją na nogi (poza tym ostatnim razem...). Nikt nie będzie mnie lizał po czole i nosie, i mrufffkał do ucha. 

Uwielbiam każdego z moich futrzaków, ale Klunia i Melcia to byly te moje koty. Ja je wybralam, a one - na szczęście - jakoś to przełknęły. Wszystkie pozostale kociaki albo zostały przez zasiedzenie, albo "wyrwałam je z ekosystemu". 

Życie ssie. 

 

 

 

czwartek, 22 marca 2018

Dzisiaj pożegnałam Tosię. BuregoDrecha. 

W lodówce mam zapas wędliny, którą ostatnio się żywiła. Nikt już mi nie podprowadzi Rafaello. Nikt nie walnie kupala koło sedesu, jeśli tylko zostawię otwarte drzwi do łazienki. Nie będzie wdrapywał się po uchwytach szuflad kuchennych, żeby upomnieć się o chipsa czy śmietankę [w proszku] do kawy. Nie wyłoży na klacie i nie wymasuje tarczycy. 

Podjętej decyzji byłam pewna, co nie zmienia faktu, że - i tu padają wulgaryzmy... Dużo. 

niedziela, 17 grudnia 2017

W minioną środę znalazłam podblokową tricolorkę. Martwą. 

Wyszarpałam zza rynny.

Nie wiem, co się stało: zaklinowała się tam i udusiła? Zjadła coś i skryła się w miejscu, do którego udało się jej dopełznąć?

 

Na futerku nie było śladów krwi. Pyszczek oklejony wysuszną/zamarzniętą ziemią i źdźbłami - wymiotowała? Bo trucizna czy PP?  Nie dowiem się zapewne. 

 

Nie tak to, qrwa, miało być. Tak, z głowy mam problem, co z nią zrobić, kiedy się zestarzeje, czy zaakceptuje życie w domu... No nie tak to miało być. 

Jeśli do tego przyczynili się ludzie... Mam nadzieję, że karma wraca. Tyle. I niech hojnie sypnie odsetkami. 

Miejscówki w piwnicy nie zamykam. Został Grubcio. Od jakiegoś czasu trzymali się razem, spali przytuleni do siebie. Białe futerko Tri to chyba była jego zasługa. Cieszyłam się, że mała dobrze wygląda - jak dumny, samodzielny kot wolno żyjący. 

Tyle. 

 

piątek, 18 sierpnia 2017

Wczorajszy wieczór:

Jeśli masz za dużo zupy pomidorowej, wyjmij garnek z lodówki, postaw na piecu i wyjdź z psem na spacer...

Teraz w mieszkaniu odbywa się sztafeta marchewkowa: Soda wydłubała warzywko z gara, przytargala do pokoju. Tu dołączyła do niej Kokodylka. Zdobycz uległa defragmentacji, największy kawał przejęła Czarna i wywlokła go z powrotem do kuchni (słychać stamtąd donośne warczenie, musi marchew bojowa jakaś się trafiła). Mela w loży obserwatorów (ożłopała się zupą), Karol chyba bierze na przeczekanie - na razie pożerał łup wzrokiem (wcześniej wykończył fragment, który został na stole kuchennym). Tosia nie zniży się do konsumpcji warzyw (no chyba że w bigosie).

Cichy, spokojny wieczór z sierściuchami.

sobota, 24 czerwca 2017

Ostatnie dwa tygodnie były dość intensywne, że tak to eufemistycznie ujmę, toteż chyba stres zaczął dopiero schodzić, skutkiem czego - zaspalim. Właściwi to ja zaspałam, a Pina dzielnie wytrzymała prawie 10 h z pełnym pęcherzem. 

W kazdym razie po wyprowadzeniu kłakusa wróciłam do łóżka i tu jakoś mi się czas zawinął, bo zamknęłam oczy na 5 minut, a kiedy je otwarłam była 11.30. Luzik i spoczko - przecież zoologiczny zamykają o trzynastej. Prysznicek, śniadaneczko, kawunia... a tu myk - 12.40. 

W tym miejscu od kawuni przechodzimy od razu do paniki - jeśli nie zdążę, sierściuchy zostają po pierwsze bez żarcia, po drugie - bez żwiru. Udało się wszystko załatwić, pojechałyśmy z kłaczuchem na działkę, wracamy wieczorem - trza by coś zjeść. O! Przecie rano ugotowałam pięć parówek, a zjadłam tylko dwie.

Otwieram lodówkę.
Szukam.
Otwieram szafkę - może zostawiłam i zapomniałam schować do lodówki.
hm...
Wzrok pada na garnek, leżącą obok niego pokrywkę i przewieszoną smętnie przez krawędź wyschnięta folijkę.

I tera tak: kto zeżarł?
Ile zeżarł? 
Czy wyrzyga?
Czy wypuści drugą stroną?

No, i tak se będę czekać i obserwować :/ 

 

 

niedziela, 18 czerwca 2017

W skrócie: 

Tosia porzyguje, Koko porzyguje.

Ja mam w robocie takie zapiernicz w tym tygodniu, że nie będę mieć kiedy taczki załadować, nie mówiac o wyprawie do weta. Tosia gra w kulki - raz lepiej z nią, raz gorzej. Oczywiście kaplica przypadła na czwartek - bo Boże Ciało.

A Pina dzisiaj zamiast patrzeć, jak pancia sie na działkensie na ważkę sadzi, żeby fotę pstryknąć zwierzakowi, o taką:

19399511_1465187466872108_933141420944869549_n

zaczaiła się na scenkę rodzajową rozgrywajacą się za płotem. Kiedy zaczęła skamleć, myślałam, że na coś wlazła coś ją użarło/cokolwiek/. A tu taki oto żłobek..a moje oko maluchy majaze 4 tygodnie.

19366055_1465240946866760_5321545217469499439_n

19399310_1465240916866763_5639731147289542389_n

O, janusz-tropiciel...

19145744_1465240886866766_6975816733332976101_n


IMG_3169

IMG_3155

IMG_3156

IMG_3152

IMG_3163

IMG_3160

IMG_3165


IMG_3159

Kotka dzika. Maluchy nieufne. Pies pieprzniety: mało mu, że dwa podblokowce łaża za nami po osiedlu, to jeszcze se nowe znalazł.

BTW:  podblokowce też zaglucone, więc antybiotyk podajemy. Umiejętność maskowaniu tabsa w żarciu wyniosłam na wyżyny... 



czwartek, 01 czerwca 2017

Od zaraz!

Czy ktoś mógłby wytłumaczyć Czarnemu Deklowi, że ja się bardzo cieszę z faktu, iż jest żwawa. Narawdę. Odstawiliśmy jakiś czas temu euthyrox i steryd, no i to chyba wpłynęło na zwiększenie obrotów śmigiełka zainstalowanego w kociej doopie. Cieszę się, że czuje się lepiej.  Ale! - że tak pojadę cytatem z Kopp Klementyny: JEŚLI JESZCZE RAZ WSKOCZY NA MOJE PLERY I RAMIONA, KTÓRE TO PLERY I RAMIONA ZJARAŁAM SOBIE WZOROWO PODCZAS NIEDZIELNEGO PIELENIA GRZĄDEK - ubiję! Dalibóg, u-bi-ję dziada! 

A tak pomaga w robocie:

18767804_1281340795248137_875927517799430906_n

Widzicie ciemność? No właśnie...

 

sobota, 29 kwietnia 2017

Nie wiem, jak u Was, ale chyba mi się coś z góglem, fejsem, kompem i czym tam jeszcze dzieje. Zhakowali mnie czy co - mogą zhakować pewną panią konsul to i mnie mogą, no nie? Choć kto by se tam drugim sortem i do tego ukrytą opcją niemiecką tyły zawracał...

 

Ad rem: fejsik - powołując się na rożne polubione przeze mnie media - chce mnie przekonać, że oto dziś, w środku Europy, w XXI wieku, w WARSZAWIE odbyła się imprezka NEONAZISTÓW. Że KTOŚ na to zezwolił, gdyż odbyła się ona LEGALNIE, a policja usuwała z drogi faszystów tych, którzy chcieli przemarsz POWSTRZYMAĆ. 

 

To co, ktoś mnie chce wkręcić, tak? 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Metoda łapania moczu "na woreczek" okazała się niewypałem (choć nadal twierdzę, że koncepcja była słuszna, nawaliło wykonanie), dlatego wcieliłam w życie plan B. 

Potrzebna jest butelka, kubrak posterylkowy, jeden megacierpliwy pies i jeden łapacz. Butelka po Sprite - ile ona tam ma objętości? 0,33? 0,5? Wycięłam otwór (całość przypominała but Sindbada, tylko w miejscu finezyjnie wywiniętego czubka znajdziemy nakrętkę; czubek. - niekoniecznie finezyjny - operował nożem, nadając flaszce właściwy kształt), wypłukałam butelkę, sparzyłam wrzątkiem - ostre krawędzie ładnie się podwinęły, minimalizując ryzyko poranienia psiego podwozia i pozostało już tylko czekać na poranny sik. 

Bladym świtem (minimalizujemy ryzyko spotkania sąsiadów*) instalujemy na psinie kubraczek, między tylnymi nogami wsuwamy butelkę tak, by sikawka znajdowała się w bezpiecznej odległości od obrzeży zbiornika, znosimy psa na dwór i wypuszczamy na trawkę. W łapie dzierżymy pojemnik na mocz. 

Wiecie co, to zadziałało... 

Pina przycupnęła, nasikała gdzie trzeba, wyjęłam butelkę, zdjęłam kubrak, przelałam cenną zawartość do kubka (przydaje się pozostawiona nakrętka) i kontynuowałyśmy spacer. 

Nieważne, jak debilnie to brzmi. Mocz uważam za złapany. Nie jest to "srodkowy strumień", na to już pomysłu nie mam. Pina o wiele lepiej zniosła flachę pod podwoziem, niż latanie z chochlą. 

Mam nadzieję, że w poniedziałek poznam wyniki. 

 

Zamieszczę fotkę "basenu", ale już bez montowania patentu na psioku :)

Ps. Pinczon z 4.7 kg skoczył na 5.6. I tak na oko przy tym powinien pozostać.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Poranne łapanie moczu zakończyło się klapą. Chochelką złapałam ledwo odrobinę moczu. Pina reagowała strachem: skuliła się, ogonem uszczelniła międzynoże ;), trzymała kuper blisko ziemi, zwiewała przede mną, nie chciała sikać. Żal było patrzeć... Ona wciąż jest strachliwa, a ja jej tu przy podogoniu zamierzam gmerać.

Dzisiaj kupiłam woreczki do łapania moczu niemowląt. Średnio trzymają się na kłakach, więc... depilacja brazylijska (no prawie) w wersji psiej już za nami. Fragmentu najintymniejszego z intymnych ostrzem nie ruszałam ;) 

Psina zniosła. Podziwiam, bo za taki myk bym se łapy przy samej kości guzicznej odgryzła. Leży teraz niebożątko napchane smaczkami, z założonym na sromie woreczkiem - żeby się oswoiła. Założę jej posterylkowy kaftan, oby jakoś podtrzymywał konstrukcję. Z plastrów mam tylko szkota...

Trzymajcie kciuki. Jedna próba w czasie nocnego spaceru. Druga - rano. Jak to się uda -będzie okazja do świętowania ;)

Wydaje mi się, że dzisiaj tego koloru w moczu było więcej :/ Zależy mi na czasie. Zapalenie pęcherza i krwiomocz, i skąpomocz, i zatkanie hydrauliki, i kamień w pęcherzu z operacją - to wszystko mam przerobione na kotach... Nie wspominam ciepło. 

 

Edycja: zonk. Pic na wodę nie klej... Nim zdążyłam cokolwiek zrobić,odpadło i się rozlało.

Czubek, Pinczon, Pinio, Pinek, Pincia, Czupakabra, PinaCoLata, Loczek... Tak, nadal trwają prace nad domową wersja imienia Piny.

Swoją drogą człowiek się zastanawia jednak, kim był poprzedni właściciel zwierzaka. Nie miałam pojęcia o istnieniu takowej tancerki, wielkiej, jak się okazuje. Wszystko, co wiem o Piniaku: pan był, pan pił, pan zmarł. Ktoś bił [na to wskazuje jej zachowanie]. Ktoś chciał załatwić problem psa nad Odrą, ktoś inny na szczęście zareagował.

17759919_1227196023995948_7165816323685839032_n

17834111_1227148880667329_8135340813182030342_o

17796469_1226997317349152_64520479918101308_n

środa, 19 kwietnia 2017

Tak, też mnie taki widoczek ucieszył. Oj, jak mnie ucieszył. Jak pomyslałam o tych kilku kwiatuszkach na moreli i mirabelce.

IMG_30161

IMG_30441

17798985_1227866777262206_8565090759642981716_n

17798900_1227866763928874_8531935939476680412_n

I o tych tulipanach, które już prawie-prawie miały się otwierać. I w ogóle. 

18010616_1239817849400432_8306904549124731539_n

Widoczek z fabryki:

18033878_1239817939400423_6744262754669441409_n

Nie ma tego złego. Narąbało śniegu, ale dzięki temu przedszkolanek [czyli padre rodzony mój] zauwazył, że mocz Piny ma inny kolor. Pojawia się deliaktny łososiowy odcień miejscami. Zauważył, no więc jutro ciśnie z psem do weta, bo ja nie dam rady w pożądanych godzinach, choćbym nie wiem, co zrobiła. 

Nie pamiętam, czy przedstawiałam...

Oto Helmutek.
Dla rodziny Mutek.
Sam se chop zdrobnienie wymyślił.
Ksywa: Wprdolchcesz?!
Złote serduszko tylko nerwy słabe. W zasadzie zaprzyjaźniony był z Dziadkiem [dostarczał smakołyków wszelkiego rodzaju] i z Juniorem, moim bratem, który z kolei robi za animatora, coby się jaśniepan nie nudził. Po śmierci dziadka jego stanowisko przejęła moja madre. Ojciec z kolei jest facetem noszącym gacie, na które się poluje. Gacie koniecznie muszą być na właścicielu, właściciel zaś wisi nad klatką Mutka, żeby dosięgnąć do klatek kanarków [ino sześć... efekty dźwiękowe podczas rowmów telefonicznych są boskie]. W zasadzie papug mógłby rzec: niebo gwiaździste nade mną... Zaiste, pięknie dresik podziurawił... Podobnie wyglądał posterylkowy kubrak KokoDyla czy Sody - nie pamiętam... nie, wróć! Sody.

Helmuś ma swój fanklub: bardzo aktywnie uczestniczy w łącznościach krótkofalarskich [hobby ojca]. Repertuar niezbyt szeroki: Dzień dobry! Co robisz, Helmutku? Daj buziaka [plus odgłosy]! Poszła Karolinka - linia melodyczna, Jurek - ogórek! I fragment jednej z arii, ale nie pamiętam tytułu... Komponuje sobie różne cuda z tych klocków. Jest też dyrygentem sekcji ptaków śpiewajacych: prowokuje kanarki :) A, no i równie aktywnie uczestniczył w strojeniu mandoliny [w ruch szło jakieś urządzonko... nie wiem, nie znam się, swoją edukację muzyczną zakończyłam na melodii "Piosenka o konikach polnych" czy jakoś tak]. W rodzinnych archiwach przechowywany jest filmik dokumentujący współpracę panów, ale z powodów cenzuralnych [Mutek swoim wrzaskiem coś tam przestawiał, co w końcu lekko poirytowało stroiciela] raczej go nie opublikuję ^^ Jeden ptaszor, a pełne skrzydła roboty.

I Mutek we własnej osobie. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Gdyż pizza była zamkniona,
ekipa zaś żarcia złakniona...

Wpis mooocno spóźniony, ponieważ wydarzenia rozgrywały się ponad miesiąc temu: nie celebruję swoich urodzin - ot, kawa z rodzicami i tyle - a że ta miała nastąpić dopiero w niedzielę, a 4 dychy zaskoczyły mnie w piątek, postanowiłam zaszaleć, uzupełnić poziom złego cholesterolu w organizmie i zamówiłam pizze.
Dwie.
40-centymetrowe.
I frytki. 

No co. 
Świętowałam tak do niedzielnego śniadania - wtedy wreszcie udało się skończyć. SKS... kiedyś zmłóciłabym to góra do sobotniego popołudnia. 

Jak widać na załączonym obrazku, koci pomagali, jak mogli. Dwa kawałki pizzy zniknęły, winnych brak. Kartony częściowo przerobiono na puzzle. 

17309990_1202142949834589_5723893989099824146_o

Koleżanki zrobiły mi nie lada  niespodziankę: podrzuciły do pracy życzenia i niespodziejkę .
Bukiecik czterdziestolatki.
Ziołowe herbatki

Motylek na zdjeciu nieco rozczochrany, bo koty. Wicie-rozumicie. Zresztą obecne miejsce pobytu jegomościa pozostaje nieznane podobnie jak sprawcy, którzy dokonali porwania. 
 
17158971_1202138123168405_120164831704627209_o
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44