| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Co w sieci piszczy...
Coś dla podniebienia
Kontakt
KotoTotek: zagraj - wygraj!
Nieco historii
Scenki z życia moich futer
Z kotem w roli głównej
Zajrzyj
 MiauKot pr

Sierściuchy

czwartek, 27 listopada 2008

Brachol, gnany nagłą potrzebą, głuchy na moje kasłanie, niezbyt przytomny wzrok i odgłosy kapiącego z nosa kataru, wyciągnął mnie na szybkie zakupy spożywcze. Na jutro MUSI mieć sałatkę jakąś do pracy. I ja mam mu ją zrobić. W pierwszej chwili pomyślałam sobie o części ciała, w którą może mnie dziabnąć, ale potem... se, se, se... ktoś nas do weta zawieźć przecież musi, takiego argumentu z łapy nie wypuszczę ;)

Dobra. No to szykujemy.

Na poczatku szło nieźle: makaron się gotował, pomidory, ogórki i ser ciachaliśmy w kostkę, lajcik. Gdzieś tak po godzinie stwierdził, że będzie tego zbyt mało. Co pomyślałam, nie  powiem, bo nie zaznaczyłam, że blog dostępny tylko dla dorosłych, niemniej muszę stwierdzić, że czasami język polski jest naprawdę niesamowicie dźwięczny.

Mieliśmy już 2/3 porcji obliczonej dla ośmiu osób (przyrządzanie cudu kulinarnego miało przebieg ratalny, gdyż nie dysponuję jednym naczyniem, które pomieściłoby mieszankę 4 worów gotowanego tortellini +dodatki). Szło zbyt łatwo. Coś po prostu musiało się stać.

Zjawiła się Melka, która makaronik  lubi. No co poradzi? Lubi i już. Próbki, które otrzymała, najwidoczniej tylko rozbudziły apetyt, gdyż koteniek postanowił wziąć sprawy w swoje ... łapki. Wskoczył na blat kuchenny, brachol chciał Słonika (ksywa domowa Meli) ściągnąć,  kot się wydygał i wskoczył na półki wiszące nad zlewem. Źle wymierzył, spadł, ściagnął za sobą kielonek z winem (aaa, no bo winko czerwone piliśmy przy pracy), przewrócił michę z sałatką i poszedł w długą. Uciekł, znaczy się. 

Szkło wpadło do komory zlewu - w sporej części. Wino skutecznie zalało półkę, szafkę i umyte naczynia, miska podzieliła się zawartościa swą z podłogą.

W kuchni pozostało pięć futer, pałętających się pośród szczątków ogórka, pomidora i makaronu, brat, ze stoickim spokojem kończący pisać sms-a i ja. Nawet się nie wkurzyłam. Co tam rozwalony kieliszek (po babci) i dwa talerze, obświnione winem naczynia i meble, podłoga w szkle i makaronie, dywan do prania - kotom nic się nie stało, większość sałatki ocalała. Mój kieliszek też :) No to czym się tu denerwować?  Wywaliłam towarzycho do pokoju i tyle. Przynajmniej nie muszę już przed weekendem myć kuchni :) A i koty szczęśliwe, bo coś się działo.

O, i sąsiedzi będą przeszczęśliwi, bo dopiero teraz piorę spodnie, które miałam na sobie, a w których jutro zamierzam pójsć do pracy. Efekt wirującej pralki w okolicach północy - bezcenne wrażenie ;)

wtorek, 25 listopada 2008

Jakkolwiek to wygląda, koty nie są jedyną moją... hmm, nie wiem, jak to nazwać: działalnością? Pasją?  Faktem jest, że często, chcąc uniknąć niechcianego wyjazdu tzw. integracyjnego z kolegami z pracy (właściwie głównie wtedy), ściemniam, że nie moge, bo coś tam z sierściakami mi wypada. Tak po prawdzie wypadło mi raz jeden jedyny, kiedy się buras przeziębił i trzeba było jeździć z nim na zastrzyki. Poza tym wiedza przeciętnego człeka na temat kota jest tak schematyczna, że przez myśl mu nie przejdzie, że sobie futra doskonale poradzą same przez parę dni mojej nieobecności.

W każdym razie przed trzema laty z niewielkim hakiem, haczykiem właściwie, nie miałam pojęcia, że się sierściuchy ważną częścią mojej egzystencji staną. Z racji wykonywanego zawodu nie mogę pozwolić sobie na psa. Męczyłby się. Na świnki morskie mam alergię, a na akwarium - nie mam z kolei miejsca, choć rybki uwielbiam. Niekoniecznie na talerzu ;) Chomiki i inne maluchy - nie. Patyczaki ? Fuj. Ptaki? Trzeba od czasu do czasu łapać celem skrócenia pazurków - brrr! Za wrażliwa jestem ;) No to co pozostało? Ino kot.

Niby smaruję na bieżąco wiadomości z życia futerkowców na pewnym forum, niemniej czasem dopada mnie wyrzut sumienia: moje głupotki spychają z pierwszej strony wątki zwierzaków, które potrzebują natychmiastowej często pomocy. Strasznie dużo tego cierpienia braci mniejszych dookoła. Czasem w głowie mi się nie mieści, jak można wyrządzić zwierzęciu taką krzywdę :(

www.azyl.org - Kocie Strony CICHEGO KĄTA 

Podlinkowane wyżej miejsce, to zagłębie kociastych potrzebujących wsparcia finansowego i domu. Jestem pod wrażeniem związanych z nim wolontariuszy. Naprawdę.

 Z tego azylu pochodzą dwa spośród moich futer. Trzecie własnymi ręcami ;) przyniosłam do domu, kiedy darło się pod oknami bloku, w którym mieszkam (takie tam, że niby mu  zimno, mokro - lało jak diabli,  głodno i samotno, i w ogóle, do cholery, niech ktoś coś z tym zrobi!) . Charakterek pozostał do dziś. Szkraby - jak wspominałam - mam dzięki ojcu własnemu. Wywalone w reklamówce niczym śmieci... Póki co wszystko wskazuje na to, że z tą szóstką zostanę...

Aha, jestem wyznawcą maniakalnym  kotów niewychodzących i kastracji wszystkiego, co się rusza ]:>

Dramatis personae:

Od sierściuchy
   
Od sierściuchy

Kluska. Pierworodna.

Od sierściuchy
Od sierściuchy

Tosia.

Od sierściuchy

Od futerkowce pospolite
Melka. Tak wygladała, kiedy ktoś podrzucił ją do CK:

Od sierściuchy

 Tam ja odchuchano, postawiono na nogi.

No i tak sobie mieszkamy. Maluchom muszę pstryknąć aktualne zdjęcia. Rosną jak na drożdżach, codziennie odkrywaja nowe umiejętności.

Na Picassie można obejrzeć masę innych zdjęć. Zapraszam wytrwałych :)

 

1 ... 41 , 42 , 43 , 44