| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Co w sieci piszczy...
Coś dla podniebienia
Kontakt
KotoTotek: zagraj - wygraj!
Nieco historii
Scenki z życia moich futer
Z kotem w roli głównej
Zajrzyj
 MiauKot pr

Sierściuchy

środa, 10 grudnia 2008

Na zdjęciach umieszczonych w poprzednim wpisie maluchy mają około 10 dni - z pewnością mniej, niż dwa tygodnie.

Co pamiętam z tego okresu? Karmienie butelką co dwie godziny, tony rozrabianego Mixolu (sproszkowany preparat, służacy do karmienia zwierzęcych niemowląt - mleko może być dla nich zabójcze z powodu zawartej w nim laktozy), masowanie brzuszków, odsikiwanie, podcieranie tyłka, radość z każdej kupki, wzruszajace  niezgrabne ruchy, niepokój, kiedy zjadły mniej, niż powinny, strach, kiedy oczka nie chciały przestać się paprać, noski były wiecznie zasmarkane, no i dusznosci Wjurka.

Najfajniejsze było wstawanie w nocy i powtarzanie wspomnianych wyżej czynności ;)  Oczy w zasadzie musiałabym wtedy trzymać na zapałkach :) Czas, który spędzałam w pracy, był dla nich nocą - wtedy nie mogły liczyć na suche posłanka i pełne brzuszki. W zasadzie wyglądało to tak, że kiedy kończyłam masowanie ostatniego delikwenta, powoli musiałam mieszać nowe porcje proszku i zabawa zaczynała się od nowa :)  Kilka razy puszczały mi nerwy, siadałam i wyłam, potem lazłam przygotować kolejną flachę, zmienić posłanko czy normalnie - wytarmosić sierściuchy, by oswoić je z dotykiem ludzkiej ręki.

Rezydentki spisały sie bardzo dzielnie - Klunia pomagała w pielęgnowaniu szarańczy, Melka czasem zajrzała, musnęła językiem po główce, a Tosia... cóż... nie zeżarła :) Wystarczy :) Burasiątko wzięło na siebie trudną rolę złego policjanta, który pokazuje maluchom, że życie to nie tylko przyjazne kocie ciotki czy zachwycajacy się nimi ludzie. Czasem obrywa się po łbie, trzeba nauczyć się z tym żyć - wiedzieć, jak upadać i jak się podnosić.

Karolek od zawse głośno dopominał się o swoje :)

Od gramliny w trzecim tygodniu życia :)
Od gramliny w trzecim tygodniu życia :)

Nie dajcie się zwieść tym niebieskim oczkom :)

Wjureczek - śliczny, prawda?

Od gramliny w trzecim tygodniu życia :)
Od gramliny w trzecim tygodniu życia :)

I Zosieńka:

Od gramliny w trzecim tygodniu życia :)

Nadszedł czas, by przedstawić tymczasy.

Dla przypomnienia, znalezione w reklamówce przed blokiem moich rodziców. Spędziły w taki sposób ostatnią ciepłą noc września. Przyczyna problemów finansowych, jakich dotąd nie miałam, a przed nami szczepienia i kastracje. Brrr... Strach się bać ;) Fakt, że gdybym mogła cofnać czas, zrobiłabym dokładnie to samo.

Wychowałam sobie trzy wybitnie proludzkie gremliny, które mruczą, kiedy tylko na nie spojrzeć :) cały czas kręcą się obok mnie, plączą pod nogami, barankują, polują na palce i całe stopy, wystawiają do miziania wszystko, co się tylko da i tak często, jak tylko to możliwe :) Sypiają w moim łóżku - kiedyś cała trójka rozkłądała się na mojej klacie, teraz chłopcy sypiają na poduszce, a Zosia wystawia na próbę cierpliwosć ciotki Tosi (buras), próbując tulić się do niej ;)

Tak zaczynaliśmy:

Od 2008_09_08
 Pingwinek z białymi uszkami przypominającymi kokardki to Zosia, zwana ostatnio Siosią. Zosia - bo od małego była bardzo samodzielna :) Taka prawdziwa Zosia Samosia :) Zostało jej to do dziś, owszem mrrrruczy na sam widok człowieka, lubi być noszona, sięga wtedy łapkami do ludzkich ust i paca delikatnie, barankuje na potęgę, ale z całej miziastej trójki jest taka... hmm... najbardziej samowystarczalna :) W tle - ten bury gnojek - to Karol. Szef bandy, ma niepohamowany apetyt, no dobra, nazwijmy rzecz po imieniu: jest żarłokiem do tego strasznie gwałtownym i natarczywym. Wszystko robi na 120% : je, bawi się, psoci, tuli do cżłowieka - nic na pół gwizdka. Bywa niesamowicie upierdliwy. Jak postanowi cośzrobić, to choćby nie wiem co , dopnie swego :)
Od 2008_09_08
Od 2008_09_08
   
Od Gremliny atakują

 

Poniżej Wjureczek. Jurek. Smuklutki, delikatniutki, wyciągający łapki, kiedy tylko mnie widzi, wpatrujący się w moje oczy tymi swoimi wytrzeszczami, ciekawski, badający świat po swojemu - nie tak namolnie i intensywnie jak brat. Bałam się o jego życie - strasznie się dusił, zupełnie jakby miał astmę czy coś... Minęło po zaaplikowaniu leków. Zachowywał się inaczej niż reszta - myślałam, że albo nie widzi, a przynajmniej widzi bardzo słabo, albo jest trochę, ten, no... takim kocim Epimeteuszkiem... Dziś mogę stwierdzić, że w główce na pewno ma wszystko poukładane :) To mój pupilek, chyba... Cudny, nie jest zupełnie czarny - na futerku widać prążki :)

Od Gremliny atakują

Jednego krówka nie udało się uratować. Zmarł w poniedziałek, kiedy byłam w pracy. Kociaki znalazł nasz pies, krówek był najbliżej paszczy... Uroki życia na zadupiu z dala od poważnych klinik weterynaryjnych :( Biedronek - bo tak go nazwałam - jest moim wielkim wyrzutem sumienia...

Od Gremliny atakują

Chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę z jego stanu: jadł, sikał, kupkał. Nawaliłam...

poniedziałek, 08 grudnia 2008

Ważna data: 8 grudnia - odrobaczanie całej bandy Profenderem. Mam nadzieję, że tak skuteczne, jak piszą, bo w sobotę w Tosinym (?) produkcie końcowym przemiany materii znalazłam pełne werwy życie wewnętrzne. Fuj!  Albo przylazło z małymi i rozpleniło się na resztę, albo przyniosłam na butach , nie wiem. Zresztą, czy to ważne? Ubić wroga - to nasz cel. ;) 

Trochę się boję:  jeśli efekt będzie zbyt dobry, może mi koty potruć, szczególnie  Tosię.  Jeśli znalazł się jeden robal, może przecież być ich wiecej. Zdechną  i mi toksynami kota zatrują - buuuu! A nie ma mnie jutro cały boży dzień. Trzeba bedzie wyznaczyć dochodzącą nianię, która przynajmniej raz sprawdzi, co się dzieje w krainie opuszczonych przez pancię sierściuchów.  Idźmy dalej, mało to naczytałam się opisów, jak to glisty i inne takie wiiiiłyyyy się po podłodze? Albo po poduszce?! Przepraszam, czy ktoś ma zbędnego pilota? Muszę dać odpocząć wyobraźni, bo inaczej całą noc przesiedzę na krześle.

Wcześniej korzystałam z tańszego (i to jak!) Pratelu, niemniej kto próbował zainstalować tabletkę w kociej gardzieli, wie, jakie niebezpieczeństwa na niego czyhają :)

Wszystkim solidarnie paprzą się oczy. Zosia, Tosia i Klunia wygladają najlepiej, Karolowi i Melci babrze się prawe, Wjurkowi (od Jurka ;) ) lewe. A już było tak fajnie...  Nie bardzo wiem, jak gadać z wetem: Genta i cośtam w żółtej zawiesinie są do ... bani... A nie przywykłam instruować specjalisty, co ma robić. Mój ojciec takie zachowanie kwituje powiedzeniem: nie ucz ojca dzieci robić ;)

No nic, czekamy.

poniedziałek, 01 grudnia 2008
W nocy z niedzieli na poniedziałek mało znana grupa terrorystów dokonała zuchwałego napadu. Ich ofiarą i łupem jednocześnie padło... jajo.


Przed tragiczną śmiercią nie ochroniła go ani wapienna skorupka, ani staranne ukrycie pod warstwą talerzy w lewej komorze zlewu, gdzie odpoczywało i nabierało sił po wyczerpującej kąpieli w gorących źródłach.

Denat, wraz z dwojgiem towarzyszy, miał następnego dnia zostać przerobiony na sałatkę. Przestępcy urządzili sobie na miejscu przestępstwa rytualną ucztę - po brutalnym zdarciu wierzchniego okrycia, bez skrupułów pochłonęli wnętrzności ofiary.

Jak wynika z zeznań ocalonych, bandytów cechowało obfite owłosienie stóp i dłoni. Przerażenie nie pozwoliło im niestety zapamiętać innych szczegółów.


W związku z zaistniałą sytuacją uratowane jaja ...










... skończą jako dodatek do kanapki .
sobota, 29 listopada 2008

Kupiłam sobie saszetki Jacobsa 3 w 1. Wsypałam do kubka.  I...

... mam dwa wnioski:

Tosi bardzo smakowało.

Mam kota - mańkuta.

czwartek, 27 listopada 2008

Brachol, gnany nagłą potrzebą, głuchy na moje kasłanie, niezbyt przytomny wzrok i odgłosy kapiącego z nosa kataru, wyciągnął mnie na szybkie zakupy spożywcze. Na jutro MUSI mieć sałatkę jakąś do pracy. I ja mam mu ją zrobić. W pierwszej chwili pomyślałam sobie o części ciała, w którą może mnie dziabnąć, ale potem... se, se, se... ktoś nas do weta zawieźć przecież musi, takiego argumentu z łapy nie wypuszczę ;)

Dobra. No to szykujemy.

Na poczatku szło nieźle: makaron się gotował, pomidory, ogórki i ser ciachaliśmy w kostkę, lajcik. Gdzieś tak po godzinie stwierdził, że będzie tego zbyt mało. Co pomyślałam, nie  powiem, bo nie zaznaczyłam, że blog dostępny tylko dla dorosłych, niemniej muszę stwierdzić, że czasami język polski jest naprawdę niesamowicie dźwięczny.

Mieliśmy już 2/3 porcji obliczonej dla ośmiu osób (przyrządzanie cudu kulinarnego miało przebieg ratalny, gdyż nie dysponuję jednym naczyniem, które pomieściłoby mieszankę 4 worów gotowanego tortellini +dodatki). Szło zbyt łatwo. Coś po prostu musiało się stać.

Zjawiła się Melka, która makaronik  lubi. No co poradzi? Lubi i już. Próbki, które otrzymała, najwidoczniej tylko rozbudziły apetyt, gdyż koteniek postanowił wziąć sprawy w swoje ... łapki. Wskoczył na blat kuchenny, brachol chciał Słonika (ksywa domowa Meli) ściągnąć,  kot się wydygał i wskoczył na półki wiszące nad zlewem. Źle wymierzył, spadł, ściagnął za sobą kielonek z winem (aaa, no bo winko czerwone piliśmy przy pracy), przewrócił michę z sałatką i poszedł w długą. Uciekł, znaczy się. 

Szkło wpadło do komory zlewu - w sporej części. Wino skutecznie zalało półkę, szafkę i umyte naczynia, miska podzieliła się zawartościa swą z podłogą.

W kuchni pozostało pięć futer, pałętających się pośród szczątków ogórka, pomidora i makaronu, brat, ze stoickim spokojem kończący pisać sms-a i ja. Nawet się nie wkurzyłam. Co tam rozwalony kieliszek (po babci) i dwa talerze, obświnione winem naczynia i meble, podłoga w szkle i makaronie, dywan do prania - kotom nic się nie stało, większość sałatki ocalała. Mój kieliszek też :) No to czym się tu denerwować?  Wywaliłam towarzycho do pokoju i tyle. Przynajmniej nie muszę już przed weekendem myć kuchni :) A i koty szczęśliwe, bo coś się działo.

O, i sąsiedzi będą przeszczęśliwi, bo dopiero teraz piorę spodnie, które miałam na sobie, a w których jutro zamierzam pójsć do pracy. Efekt wirującej pralki w okolicach północy - bezcenne wrażenie ;)

wtorek, 25 listopada 2008

Jakkolwiek to wygląda, koty nie są jedyną moją... hmm, nie wiem, jak to nazwać: działalnością? Pasją?  Faktem jest, że często, chcąc uniknąć niechcianego wyjazdu tzw. integracyjnego z kolegami z pracy (właściwie głównie wtedy), ściemniam, że nie moge, bo coś tam z sierściakami mi wypada. Tak po prawdzie wypadło mi raz jeden jedyny, kiedy się buras przeziębił i trzeba było jeździć z nim na zastrzyki. Poza tym wiedza przeciętnego człeka na temat kota jest tak schematyczna, że przez myśl mu nie przejdzie, że sobie futra doskonale poradzą same przez parę dni mojej nieobecności.

W każdym razie przed trzema laty z niewielkim hakiem, haczykiem właściwie, nie miałam pojęcia, że się sierściuchy ważną częścią mojej egzystencji staną. Z racji wykonywanego zawodu nie mogę pozwolić sobie na psa. Męczyłby się. Na świnki morskie mam alergię, a na akwarium - nie mam z kolei miejsca, choć rybki uwielbiam. Niekoniecznie na talerzu ;) Chomiki i inne maluchy - nie. Patyczaki ? Fuj. Ptaki? Trzeba od czasu do czasu łapać celem skrócenia pazurków - brrr! Za wrażliwa jestem ;) No to co pozostało? Ino kot.

Niby smaruję na bieżąco wiadomości z życia futerkowców na pewnym forum, niemniej czasem dopada mnie wyrzut sumienia: moje głupotki spychają z pierwszej strony wątki zwierzaków, które potrzebują natychmiastowej często pomocy. Strasznie dużo tego cierpienia braci mniejszych dookoła. Czasem w głowie mi się nie mieści, jak można wyrządzić zwierzęciu taką krzywdę :(

www.azyl.org - Kocie Strony CICHEGO KĄTA 

Podlinkowane wyżej miejsce, to zagłębie kociastych potrzebujących wsparcia finansowego i domu. Jestem pod wrażeniem związanych z nim wolontariuszy. Naprawdę.

 Z tego azylu pochodzą dwa spośród moich futer. Trzecie własnymi ręcami ;) przyniosłam do domu, kiedy darło się pod oknami bloku, w którym mieszkam (takie tam, że niby mu  zimno, mokro - lało jak diabli,  głodno i samotno, i w ogóle, do cholery, niech ktoś coś z tym zrobi!) . Charakterek pozostał do dziś. Szkraby - jak wspominałam - mam dzięki ojcu własnemu. Wywalone w reklamówce niczym śmieci... Póki co wszystko wskazuje na to, że z tą szóstką zostanę...

Aha, jestem wyznawcą maniakalnym  kotów niewychodzących i kastracji wszystkiego, co się rusza ]:>

Dramatis personae:

Od sierściuchy
   
Od sierściuchy

Kluska. Pierworodna.

Od sierściuchy
Od sierściuchy

Tosia.

Od sierściuchy

Od futerkowce pospolite
Melka. Tak wygladała, kiedy ktoś podrzucił ją do CK:

Od sierściuchy

 Tam ja odchuchano, postawiono na nogi.

No i tak sobie mieszkamy. Maluchom muszę pstryknąć aktualne zdjęcia. Rosną jak na drożdżach, codziennie odkrywaja nowe umiejętności.

Na Picassie można obejrzeć masę innych zdjęć. Zapraszam wytrwałych :)

 

1 ... 41 , 42 , 43 , 44