| < Kwiecień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Co w sieci piszczy...
Coś dla podniebienia
Kontakt
KotoTotek: zagraj - wygraj!
Nieco historii
Scenki z życia moich futer
Z kotem w roli głównej
Zajrzyj
 MiauKot pr

Sierściuchy

niedziela, 23 kwietnia 2017

Metoda łapania moczu "na woreczek" okazała się niewypałem (choć nadal twierdzę, że koncepcja była słuszna, nawaliło wykonanie), dlatego wcieliłam w życie plan B. 

Potrzebna jest butelka, kubrak posterylkowy, jeden megacierpliwy pies i jeden łapacz. Butelka po Sprite - ile ona tam ma objętości? 0,33? 0,5? Wycięłam otwór (całość przypominała but Sindbada, tylko w miejscu finezyjnie wywiniętego czubka znajdziemy nakrętkę; czubek. - niekoniecznie finezyjny - operował nożem, nadając flaszce właściwy kształt), wypłukałam butelkę, sparzyłam wrzątkiem - ostre krawędzie ładnie się podwinęły, minimalizując ryzyko poranienia psiego podwozia i pozostało już tylko czekać na poranny sik. 

Bladym świtem (minimalizujemy ryzyko spotkania sąsiadów*) instalujemy na psinie kubraczek, między tylnymi nogami wsuwamy butelkę tak, by sikawka znajdowała się w bezpiecznej odległości od obrzeży zbiornika, znosimy psa na dwór i wypuszczamy na trawkę. W łapie dzierżymy pojemnik na mocz. 

Wiecie co, to zadziałało... 

Pina przycupnęła, nasikała gdzie trzeba, wyjęłam butelkę, zdjęłam kubrak, przelałam cenną zawartość do kubka (przydaje się pozostawiona nakrętka) i kontynuowałyśmy spacer. 

Nieważne, jak debilnie to brzmi. Mocz uważam za złapany. Nie jest to "srodkowy strumień", na to już pomysłu nie mam. Pina o wiele lepiej zniosła flachę pod podwoziem, niż latanie z chochlą. 

Mam nadzieję, że w poniedziałek poznam wyniki. 

 

Zamieszczę fotkę "basenu", ale już bez montowania patentu na psioku :)

Ps. Pinczon z 4.7 kg skoczył na 5.6. I tak na oko przy tym powinien pozostać.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Poranne łapanie moczu zakończyło się klapą. Chochelką złapałam ledwo odrobinę moczu. Pina reagowała strachem: skuliła się, ogonem uszczelniła międzynoże ;), trzymała kuper blisko ziemi, zwiewała przede mną, nie chciała sikać. Żal było patrzeć... Ona wciąż jest strachliwa, a ja jej tu przy podogoniu zamierzam gmerać.

Dzisiaj kupiłam woreczki do łapania moczu niemowląt. Średnio trzymają się na kłakach, więc... depilacja brazylijska (no prawie) w wersji psiej już za nami. Fragmentu najintymniejszego z intymnych ostrzem nie ruszałam ;) 

Psina zniosła. Podziwiam, bo za taki myk bym se łapy przy samej kości guzicznej odgryzła. Leży teraz niebożątko napchane smaczkami, z założonym na sromie woreczkiem - żeby się oswoiła. Założę jej posterylkowy kaftan, oby jakoś podtrzymywał konstrukcję. Z plastrów mam tylko szkota...

Trzymajcie kciuki. Jedna próba w czasie nocnego spaceru. Druga - rano. Jak to się uda -będzie okazja do świętowania ;)

Wydaje mi się, że dzisiaj tego koloru w moczu było więcej :/ Zależy mi na czasie. Zapalenie pęcherza i krwiomocz, i skąpomocz, i zatkanie hydrauliki, i kamień w pęcherzu z operacją - to wszystko mam przerobione na kotach... Nie wspominam ciepło. 

 

Edycja: zonk. Pic na wodę nie klej... Nim zdążyłam cokolwiek zrobić,odpadło i się rozlało.

Czubek, Pinczon, Pinio, Pinek, Pincia, Czupakabra, PinaCoLata, Loczek... Tak, nadal trwają prace nad domową wersja imienia Piny.

Swoją drogą człowiek się zastanawia jednak, kim był poprzedni właściciel zwierzaka. Nie miałam pojęcia o istnieniu takowej tancerki, wielkiej, jak się okazuje. Wszystko, co wiem o Piniaku: pan był, pan pił, pan zmarł. Ktoś bił [na to wskazuje jej zachowanie]. Ktoś chciał załatwić problem psa nad Odrą, ktoś inny na szczęście zareagował.

17759919_1227196023995948_7165816323685839032_n

17834111_1227148880667329_8135340813182030342_o

17796469_1226997317349152_64520479918101308_n

środa, 19 kwietnia 2017

Tak, też mnie taki widoczek ucieszył. Oj, jak mnie ucieszył. Jak pomyslałam o tych kilku kwiatuszkach na moreli i mirabelce.

IMG_30161

IMG_30441

17798985_1227866777262206_8565090759642981716_n

17798900_1227866763928874_8531935939476680412_n

I o tych tulipanach, które już prawie-prawie miały się otwierać. I w ogóle. 

18010616_1239817849400432_8306904549124731539_n

Widoczek z fabryki:

18033878_1239817939400423_6744262754669441409_n

Nie ma tego złego. Narąbało śniegu, ale dzięki temu przedszkolanek [czyli padre rodzony mój] zauwazył, że mocz Piny ma inny kolor. Pojawia się deliaktny łososiowy odcień miejscami. Zauważył, no więc jutro ciśnie z psem do weta, bo ja nie dam rady w pożądanych godzinach, choćbym nie wiem, co zrobiła. 

Nie pamiętam, czy przedstawiałam...

Oto Helmutek.
Dla rodziny Mutek.
Sam se chop zdrobnienie wymyślił.
Ksywa: Wprdolchcesz?!
Złote serduszko tylko nerwy słabe. W zasadzie zaprzyjaźniony był z Dziadkiem [dostarczał smakołyków wszelkiego rodzaju] i z Juniorem, moim bratem, który z kolei robi za animatora, coby się jaśniepan nie nudził. Po śmierci dziadka jego stanowisko przejęła moja madre. Ojciec z kolei jest facetem noszącym gacie, na które się poluje. Gacie koniecznie muszą być na właścicielu, właściciel zaś wisi nad klatką Mutka, żeby dosięgnąć do klatek kanarków [ino sześć... efekty dźwiękowe podczas rowmów telefonicznych są boskie]. W zasadzie papug mógłby rzec: niebo gwiaździste nade mną... Zaiste, pięknie dresik podziurawił... Podobnie wyglądał posterylkowy kubrak KokoDyla czy Sody - nie pamiętam... nie, wróć! Sody.

Helmuś ma swój fanklub: bardzo aktywnie uczestniczy w łącznościach krótkofalarskich [hobby ojca]. Repertuar niezbyt szeroki: Dzień dobry! Co robisz, Helmutku? Daj buziaka [plus odgłosy]! Poszła Karolinka - linia melodyczna, Jurek - ogórek! I fragment jednej z arii, ale nie pamiętam tytułu... Komponuje sobie różne cuda z tych klocków. Jest też dyrygentem sekcji ptaków śpiewajacych: prowokuje kanarki :) A, no i równie aktywnie uczestniczył w strojeniu mandoliny [w ruch szło jakieś urządzonko... nie wiem, nie znam się, swoją edukację muzyczną zakończyłam na melodii "Piosenka o konikach polnych" czy jakoś tak]. W rodzinnych archiwach przechowywany jest filmik dokumentujący współpracę panów, ale z powodów cenzuralnych [Mutek swoim wrzaskiem coś tam przestawiał, co w końcu lekko poirytowało stroiciela] raczej go nie opublikuję ^^ Jeden ptaszor, a pełne skrzydła roboty.

I Mutek we własnej osobie. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Gdyż pizza była zamkniona,
ekipa zaś żarcia złakniona...

Wpis mooocno spóźniony, ponieważ wydarzenia rozgrywały się ponad miesiąc temu: nie celebruję swoich urodzin - ot, kawa z rodzicami i tyle - a że ta miała nastąpić dopiero w niedzielę, a 4 dychy zaskoczyły mnie w piątek, postanowiłam zaszaleć, uzupełnić poziom złego cholesterolu w organizmie i zamówiłam pizze.
Dwie.
40-centymetrowe.
I frytki. 

No co. 
Świętowałam tak do niedzielnego śniadania - wtedy wreszcie udało się skończyć. SKS... kiedyś zmłóciłabym to góra do sobotniego popołudnia. 

Jak widać na załączonym obrazku, koci pomagali, jak mogli. Dwa kawałki pizzy zniknęły, winnych brak. Kartony częściowo przerobiono na puzzle. 

17309990_1202142949834589_5723893989099824146_o

Koleżanki zrobiły mi nie lada  niespodziankę: podrzuciły do pracy życzenia i niespodziejkę .
Bukiecik czterdziestolatki.
Ziołowe herbatki

Motylek na zdjeciu nieco rozczochrany, bo koty. Wicie-rozumicie. Zresztą obecne miejsce pobytu jegomościa pozostaje nieznane podobnie jak sprawcy, którzy dokonali porwania. 
 
17158971_1202138123168405_120164831704627209_o
niedziela, 09 kwietnia 2017

czyli jak kompletuję własną Drużynę Pierścienia.

Wychodzę z psem. Zwykle przed drzwiami wejściowymi do klatki schodowej siedzi Buras - ma fajowskie skośne oczy, puszyste futerko, proludzki charakter i megakatar. Ni mo jajec. No chyba że mam schizy i to samica, ale od tyłu wyglada jak Lolek... 

Tri pojawia się i znika - nie wiem, gdzie przebywa. Wygląda sporo gorzej niż Buras - przybrudzona taka. Też gluci. Znajduję ją w róznych miejscach - albo nie znajduję wcale. Szlag mnie z nią trafi. Teraz znowu się nakręcam, bo w sąsiednim bloku wyczaiłam okirnko piwniczne bez szyby - a co, jak tam wejdzie i nie będzie umiała wyleźć, albo ją tam zamkną, albo coś. Najchętniej wziełabym ją do chaty, ale tego mi nie wybaczą ani moje futra, ani ona. Znaczy nie wiem, ale tak mi się wydaje, że w zamknięciu by sobie nie poradziła.

Kiedy kociołki namierzą Pinę i mnie, nie odstępują nas na krok. Nie ma sensu sypać im żarcia i zwiewać, bo chrupki zostawią i polezą za nami. Koty znaczy polezą, nie chrupki. Do chruptaków może co najwyżej przyleźć PalomaJurnySąsiadkowyKocur... I nim wrócimy z obchodu osiedla po żarciu zostanie to, co pod ogonem Burego.

 

17546638_1213968015318749_6409449505211649168_o

No, i tak w czwóreczkę wędrujemy sobie przez ten osiedlowy Mordor - jeszcze trochę i nam wyrąbia wszystkie drzewa, a zgliszcza osadzą popierdółkami widocznymi na fotce albo lepiej - kępkami, qrna, bukszpanu. Zaszczane przez psy, uschnięte wiązki przyszłych-niedoszłych żywopłotów straszą brązem i złowrogo szeleszczą. Nie wspomnę o cisach - równie zaszczanych i suchych [BTW - żywopłotek z cisów na osiedlu pełnym dziecek - gratulejszyn, ale co ja tam wiem]. Albo tawułach porozjeżdżanych przez samochody. 

Ten sam trawnik, z tą samą kotką i z żywopłotem, w którym roiło się od wróbli.

I tak samo rozjeżdżony przez inteligentnych inaczej, którzy przy okazji elegancko zastawiali [i wcale nie przestali] wjazd do mojego garażu.