| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Co w sieci piszczy...
Coś dla podniebienia
Kontakt
KotoTotek: zagraj - wygraj!
Nieco historii
Scenki z życia moich futer
Z kotem w roli głównej
Zajrzyj
 MiauKot pr

Sierściuchy

piątek, 18 sierpnia 2017

Wczorajszy wieczór:

Jeśli masz za dużo zupy pomidorowej, wyjmij garnek z lodówki, postaw na piecu i wyjdź z psem na spacer...

Teraz w mieszkaniu odbywa się sztafeta marchewkowa: Soda wydłubała warzywko z gara, przytargala do pokoju. Tu dołączyła do niej Kokodylka. Zdobycz uległa defragmentacji, największy kawał przejęła Czarna i wywlokła go z powrotem do kuchni (słychać stamtąd donośne warczenie, musi marchew bojowa jakaś się trafiła). Mela w loży obserwatorów (ożłopała się zupą), Karol chyba bierze na przeczekanie - na razie pożerał łup wzrokiem (wcześniej wykończył fragment, który został na stole kuchennym). Tosia nie zniży się do konsumpcji warzyw (no chyba że w bigosie).

Cichy, spokojny wieczór z sierściuchami.

sobota, 24 czerwca 2017

Ostatnie dwa tygodnie były dość intensywne, że tak to eufemistycznie ujmę, toteż chyba stres zaczął dopiero schodzić, skutkiem czego - zaspalim. Właściwi to ja zaspałam, a Pina dzielnie wytrzymała prawie 10 h z pełnym pęcherzem. 

W kazdym razie po wyprowadzeniu kłakusa wróciłam do łóżka i tu jakoś mi się czas zawinął, bo zamknęłam oczy na 5 minut, a kiedy je otwarłam była 11.30. Luzik i spoczko - przecież zoologiczny zamykają o trzynastej. Prysznicek, śniadaneczko, kawunia... a tu myk - 12.40. 

W tym miejscu od kawuni przechodzimy od razu do paniki - jeśli nie zdążę, sierściuchy zostają po pierwsze bez żarcia, po drugie - bez żwiru. Udało się wszystko załatwić, pojechałyśmy z kłaczuchem na działkę, wracamy wieczorem - trza by coś zjeść. O! Przecie rano ugotowałam pięć parówek, a zjadłam tylko dwie.

Otwieram lodówkę.
Szukam.
Otwieram szafkę - może zostawiłam i zapomniałam schować do lodówki.
hm...
Wzrok pada na garnek, leżącą obok niego pokrywkę i przewieszoną smętnie przez krawędź wyschnięta folijkę.

I tera tak: kto zeżarł?
Ile zeżarł? 
Czy wyrzyga?
Czy wypuści drugą stroną?

No, i tak se będę czekać i obserwować :/ 

 

 

niedziela, 18 czerwca 2017

W skrócie: 

Tosia porzyguje, Koko porzyguje.

Ja mam w robocie takie zapiernicz w tym tygodniu, że nie będę mieć kiedy taczki załadować, nie mówiac o wyprawie do weta. Tosia gra w kulki - raz lepiej z nią, raz gorzej. Oczywiście kaplica przypadła na czwartek - bo Boże Ciało.

A Pina dzisiaj zamiast patrzeć, jak pancia sie na działkensie na ważkę sadzi, żeby fotę pstryknąć zwierzakowi, o taką:

19399511_1465187466872108_933141420944869549_n

zaczaiła się na scenkę rodzajową rozgrywajacą się za płotem. Kiedy zaczęła skamleć, myślałam, że na coś wlazła coś ją użarło/cokolwiek/. A tu taki oto żłobek..a moje oko maluchy majaze 4 tygodnie.

19366055_1465240946866760_5321545217469499439_n

19399310_1465240916866763_5639731147289542389_n

O, janusz-tropiciel...

19145744_1465240886866766_6975816733332976101_n


IMG_3169

IMG_3155

IMG_3156

IMG_3152

IMG_3163

IMG_3160

IMG_3165


IMG_3159

Kotka dzika. Maluchy nieufne. Pies pieprzniety: mało mu, że dwa podblokowce łaża za nami po osiedlu, to jeszcze se nowe znalazł.

BTW:  podblokowce też zaglucone, więc antybiotyk podajemy. Umiejętność maskowaniu tabsa w żarciu wyniosłam na wyżyny... 



czwartek, 01 czerwca 2017

Od zaraz!

Czy ktoś mógłby wytłumaczyć Czarnemu Deklowi, że ja się bardzo cieszę z faktu, iż jest żwawa. Narawdę. Odstawiliśmy jakiś czas temu euthyrox i steryd, no i to chyba wpłynęło na zwiększenie obrotów śmigiełka zainstalowanego w kociej doopie. Cieszę się, że czuje się lepiej.  Ale! - że tak pojadę cytatem z Kopp Klementyny: JEŚLI JESZCZE RAZ WSKOCZY NA MOJE PLERY I RAMIONA, KTÓRE TO PLERY I RAMIONA ZJARAŁAM SOBIE WZOROWO PODCZAS NIEDZIELNEGO PIELENIA GRZĄDEK - ubiję! Dalibóg, u-bi-ję dziada! 

A tak pomaga w robocie:

18767804_1281340795248137_875927517799430906_n

Widzicie ciemność? No właśnie...

 

sobota, 29 kwietnia 2017

Nie wiem, jak u Was, ale chyba mi się coś z góglem, fejsem, kompem i czym tam jeszcze dzieje. Zhakowali mnie czy co - mogą zhakować pewną panią konsul to i mnie mogą, no nie? Choć kto by se tam drugim sortem i do tego ukrytą opcją niemiecką tyły zawracał...

 

Ad rem: fejsik - powołując się na rożne polubione przeze mnie media - chce mnie przekonać, że oto dziś, w środku Europy, w XXI wieku, w WARSZAWIE odbyła się imprezka NEONAZISTÓW. Że KTOŚ na to zezwolił, gdyż odbyła się ona LEGALNIE, a policja usuwała z drogi faszystów tych, którzy chcieli przemarsz POWSTRZYMAĆ. 

 

To co, ktoś mnie chce wkręcić, tak? 

niedziela, 23 kwietnia 2017

Metoda łapania moczu "na woreczek" okazała się niewypałem (choć nadal twierdzę, że koncepcja była słuszna, nawaliło wykonanie), dlatego wcieliłam w życie plan B. 

Potrzebna jest butelka, kubrak posterylkowy, jeden megacierpliwy pies i jeden łapacz. Butelka po Sprite - ile ona tam ma objętości? 0,33? 0,5? Wycięłam otwór (całość przypominała but Sindbada, tylko w miejscu finezyjnie wywiniętego czubka znajdziemy nakrętkę; czubek. - niekoniecznie finezyjny - operował nożem, nadając flaszce właściwy kształt), wypłukałam butelkę, sparzyłam wrzątkiem - ostre krawędzie ładnie się podwinęły, minimalizując ryzyko poranienia psiego podwozia i pozostało już tylko czekać na poranny sik. 

Bladym świtem (minimalizujemy ryzyko spotkania sąsiadów*) instalujemy na psinie kubraczek, między tylnymi nogami wsuwamy butelkę tak, by sikawka znajdowała się w bezpiecznej odległości od obrzeży zbiornika, znosimy psa na dwór i wypuszczamy na trawkę. W łapie dzierżymy pojemnik na mocz. 

Wiecie co, to zadziałało... 

Pina przycupnęła, nasikała gdzie trzeba, wyjęłam butelkę, zdjęłam kubrak, przelałam cenną zawartość do kubka (przydaje się pozostawiona nakrętka) i kontynuowałyśmy spacer. 

Nieważne, jak debilnie to brzmi. Mocz uważam za złapany. Nie jest to "srodkowy strumień", na to już pomysłu nie mam. Pina o wiele lepiej zniosła flachę pod podwoziem, niż latanie z chochlą. 

Mam nadzieję, że w poniedziałek poznam wyniki. 

 

Zamieszczę fotkę "basenu", ale już bez montowania patentu na psioku :)

Ps. Pinczon z 4.7 kg skoczył na 5.6. I tak na oko przy tym powinien pozostać.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Poranne łapanie moczu zakończyło się klapą. Chochelką złapałam ledwo odrobinę moczu. Pina reagowała strachem: skuliła się, ogonem uszczelniła międzynoże ;), trzymała kuper blisko ziemi, zwiewała przede mną, nie chciała sikać. Żal było patrzeć... Ona wciąż jest strachliwa, a ja jej tu przy podogoniu zamierzam gmerać.

Dzisiaj kupiłam woreczki do łapania moczu niemowląt. Średnio trzymają się na kłakach, więc... depilacja brazylijska (no prawie) w wersji psiej już za nami. Fragmentu najintymniejszego z intymnych ostrzem nie ruszałam ;) 

Psina zniosła. Podziwiam, bo za taki myk bym se łapy przy samej kości guzicznej odgryzła. Leży teraz niebożątko napchane smaczkami, z założonym na sromie woreczkiem - żeby się oswoiła. Założę jej posterylkowy kaftan, oby jakoś podtrzymywał konstrukcję. Z plastrów mam tylko szkota...

Trzymajcie kciuki. Jedna próba w czasie nocnego spaceru. Druga - rano. Jak to się uda -będzie okazja do świętowania ;)

Wydaje mi się, że dzisiaj tego koloru w moczu było więcej :/ Zależy mi na czasie. Zapalenie pęcherza i krwiomocz, i skąpomocz, i zatkanie hydrauliki, i kamień w pęcherzu z operacją - to wszystko mam przerobione na kotach... Nie wspominam ciepło. 

 

Edycja: zonk. Pic na wodę nie klej... Nim zdążyłam cokolwiek zrobić,odpadło i się rozlało.

Czubek, Pinczon, Pinio, Pinek, Pincia, Czupakabra, PinaCoLata, Loczek... Tak, nadal trwają prace nad domową wersja imienia Piny.

Swoją drogą człowiek się zastanawia jednak, kim był poprzedni właściciel zwierzaka. Nie miałam pojęcia o istnieniu takowej tancerki, wielkiej, jak się okazuje. Wszystko, co wiem o Piniaku: pan był, pan pił, pan zmarł. Ktoś bił [na to wskazuje jej zachowanie]. Ktoś chciał załatwić problem psa nad Odrą, ktoś inny na szczęście zareagował.

17759919_1227196023995948_7165816323685839032_n

17834111_1227148880667329_8135340813182030342_o

17796469_1226997317349152_64520479918101308_n

środa, 19 kwietnia 2017

Tak, też mnie taki widoczek ucieszył. Oj, jak mnie ucieszył. Jak pomyslałam o tych kilku kwiatuszkach na moreli i mirabelce.

IMG_30161

IMG_30441

17798985_1227866777262206_8565090759642981716_n

17798900_1227866763928874_8531935939476680412_n

I o tych tulipanach, które już prawie-prawie miały się otwierać. I w ogóle. 

18010616_1239817849400432_8306904549124731539_n

Widoczek z fabryki:

18033878_1239817939400423_6744262754669441409_n

Nie ma tego złego. Narąbało śniegu, ale dzięki temu przedszkolanek [czyli padre rodzony mój] zauwazył, że mocz Piny ma inny kolor. Pojawia się deliaktny łososiowy odcień miejscami. Zauważył, no więc jutro ciśnie z psem do weta, bo ja nie dam rady w pożądanych godzinach, choćbym nie wiem, co zrobiła. 

Nie pamiętam, czy przedstawiałam...

Oto Helmutek.
Dla rodziny Mutek.
Sam se chop zdrobnienie wymyślił.
Ksywa: Wprdolchcesz?!
Złote serduszko tylko nerwy słabe. W zasadzie zaprzyjaźniony był z Dziadkiem [dostarczał smakołyków wszelkiego rodzaju] i z Juniorem, moim bratem, który z kolei robi za animatora, coby się jaśniepan nie nudził. Po śmierci dziadka jego stanowisko przejęła moja madre. Ojciec z kolei jest facetem noszącym gacie, na które się poluje. Gacie koniecznie muszą być na właścicielu, właściciel zaś wisi nad klatką Mutka, żeby dosięgnąć do klatek kanarków [ino sześć... efekty dźwiękowe podczas rowmów telefonicznych są boskie]. W zasadzie papug mógłby rzec: niebo gwiaździste nade mną... Zaiste, pięknie dresik podziurawił... Podobnie wyglądał posterylkowy kubrak KokoDyla czy Sody - nie pamiętam... nie, wróć! Sody.

Helmuś ma swój fanklub: bardzo aktywnie uczestniczy w łącznościach krótkofalarskich [hobby ojca]. Repertuar niezbyt szeroki: Dzień dobry! Co robisz, Helmutku? Daj buziaka [plus odgłosy]! Poszła Karolinka - linia melodyczna, Jurek - ogórek! I fragment jednej z arii, ale nie pamiętam tytułu... Komponuje sobie różne cuda z tych klocków. Jest też dyrygentem sekcji ptaków śpiewajacych: prowokuje kanarki :) A, no i równie aktywnie uczestniczył w strojeniu mandoliny [w ruch szło jakieś urządzonko... nie wiem, nie znam się, swoją edukację muzyczną zakończyłam na melodii "Piosenka o konikach polnych" czy jakoś tak]. W rodzinnych archiwach przechowywany jest filmik dokumentujący współpracę panów, ale z powodów cenzuralnych [Mutek swoim wrzaskiem coś tam przestawiał, co w końcu lekko poirytowało stroiciela] raczej go nie opublikuję ^^ Jeden ptaszor, a pełne skrzydła roboty.

I Mutek we własnej osobie. 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Gdyż pizza była zamkniona,
ekipa zaś żarcia złakniona...

Wpis mooocno spóźniony, ponieważ wydarzenia rozgrywały się ponad miesiąc temu: nie celebruję swoich urodzin - ot, kawa z rodzicami i tyle - a że ta miała nastąpić dopiero w niedzielę, a 4 dychy zaskoczyły mnie w piątek, postanowiłam zaszaleć, uzupełnić poziom złego cholesterolu w organizmie i zamówiłam pizze.
Dwie.
40-centymetrowe.
I frytki. 

No co. 
Świętowałam tak do niedzielnego śniadania - wtedy wreszcie udało się skończyć. SKS... kiedyś zmłóciłabym to góra do sobotniego popołudnia. 

Jak widać na załączonym obrazku, koci pomagali, jak mogli. Dwa kawałki pizzy zniknęły, winnych brak. Kartony częściowo przerobiono na puzzle. 

17309990_1202142949834589_5723893989099824146_o

Koleżanki zrobiły mi nie lada  niespodziankę: podrzuciły do pracy życzenia i niespodziejkę .
Bukiecik czterdziestolatki.
Ziołowe herbatki

Motylek na zdjeciu nieco rozczochrany, bo koty. Wicie-rozumicie. Zresztą obecne miejsce pobytu jegomościa pozostaje nieznane podobnie jak sprawcy, którzy dokonali porwania. 
 
17158971_1202138123168405_120164831704627209_o
niedziela, 09 kwietnia 2017

czyli jak kompletuję własną Drużynę Pierścienia.

Wychodzę z psem. Zwykle przed drzwiami wejściowymi do klatki schodowej siedzi Buras - ma fajowskie skośne oczy, puszyste futerko, proludzki charakter i megakatar. Ni mo jajec. No chyba że mam schizy i to samica, ale od tyłu wyglada jak Lolek... 

Tri pojawia się i znika - nie wiem, gdzie przebywa. Wygląda sporo gorzej niż Buras - przybrudzona taka. Też gluci. Znajduję ją w róznych miejscach - albo nie znajduję wcale. Szlag mnie z nią trafi. Teraz znowu się nakręcam, bo w sąsiednim bloku wyczaiłam okirnko piwniczne bez szyby - a co, jak tam wejdzie i nie będzie umiała wyleźć, albo ją tam zamkną, albo coś. Najchętniej wziełabym ją do chaty, ale tego mi nie wybaczą ani moje futra, ani ona. Znaczy nie wiem, ale tak mi się wydaje, że w zamknięciu by sobie nie poradziła.

Kiedy kociołki namierzą Pinę i mnie, nie odstępują nas na krok. Nie ma sensu sypać im żarcia i zwiewać, bo chrupki zostawią i polezą za nami. Koty znaczy polezą, nie chrupki. Do chruptaków może co najwyżej przyleźć PalomaJurnySąsiadkowyKocur... I nim wrócimy z obchodu osiedla po żarciu zostanie to, co pod ogonem Burego.

 

17546638_1213968015318749_6409449505211649168_o

No, i tak w czwóreczkę wędrujemy sobie przez ten osiedlowy Mordor - jeszcze trochę i nam wyrąbia wszystkie drzewa, a zgliszcza osadzą popierdółkami widocznymi na fotce albo lepiej - kępkami, qrna, bukszpanu. Zaszczane przez psy, uschnięte wiązki przyszłych-niedoszłych żywopłotów straszą brązem i złowrogo szeleszczą. Nie wspomnę o cisach - równie zaszczanych i suchych [BTW - żywopłotek z cisów na osiedlu pełnym dziecek - gratulejszyn, ale co ja tam wiem]. Albo tawułach porozjeżdżanych przez samochody. 

Ten sam trawnik, z tą samą kotką i z żywopłotem, w którym roiło się od wróbli.

I tak samo rozjeżdżony przez inteligentnych inaczej, którzy przy okazji elegancko zastawiali [i wcale nie przestali] wjazd do mojego garażu. 

czwartek, 30 marca 2017

Korzystając z pięknej pogody, w minioną sobotę ruszyliśmy na działkę. - śmy, tzn. padre mój rodzony z Misią, no i ja z Piną. Misiołek we wtorek miał rwane zębole, po zabiegu - ale o tym chyba już gdzieś pisałam... Czy nie? Dobra tam, napiszę jeszcze raz... Tak więc po zabiegu psina zamknęła się w sobie, co objawiało się kompletnym brakiem kupsztali. W ruch poszła parafina i spacery, co przy misiowych kłopotach z chodzeniem nie jest takie se o, nic.

Ojciec z czarną patrolowali okolicę, a ja więłam się za usuwanie suszu z grządek. Z premedytacją zostawiłam jesienią wszystkie suche badyle, ponieważ kiedy je ładnie posprzatam, kiedy kwiaty przekwitną, wiosną wywalam zielska, myśląc, że to chwasty. Opamiętanie przychodzi zwykle za późno, a że zbieram sobie rozmaite jeżówki na ten przykład, to chyba by mnie jasna cholera strzeliła, gdybym je jednak wyrąbała razem ze śmieciami.

Przy okazji: mogę kopać, ryć, plewić, obcinać, przycinać, przenosić, zrywać darń, kupować zielska wszelakie, upychać w glebę rośliny i cebule - co tam se chcecie, ale nie każcie mi sprzątać tego, co nasyfię... Buuu... I chować narzędzi. 

Pomoc, jak widać, była:

17458107_1213971265318424_8237965161660519904_n

17498972_1213971218651762_5736904902634467119_n

17457370_1213971238651760_7236094607333275741_n

17523357_1213971335318417_3890877789106173705_n

17523005_1213971328651751_5895001237200571989_n

17458221_1213971228651761_4677986284957777683_n

Wyglądała, jakby miała budować gniazdo :)

W pewnym momencie zrobiło się jakoś cicho... Pina namierzyła jakąś szczelinę w płocie i polazła na działkę sąsiada.  Na szczęście przypełzła na wołanie i dała się ojcu złapać. Do dziś nie wiem, którędy przeszła... Świetnie dogaduje się z kotami, ale po płotach CHYBA nie łazi, co? Czeka mnie uszczelnianie całego ogrodzenia, co jest kiepską imprezą, bo odetnę drogę jeżom - albo je zamknę u siebie, albo uniemożliwię dotarcie do moich ślimoczków i innych cudów, które to jeże ponoć radośnie konsumują. 

 

wtorek, 28 marca 2017

Pinę co rano odprowadzam do psiego przedszkola. W roli przedszkolanek występują moi rodzice. Właściwie to nie psie przedszkole a psia oligarchia. Pina robi z nimi, co chce... Są tego świadomi, a na moje (nieśmiałe) uwagi odpowiadają, że dziadkom wolno. 

 

No. To tak dla zarysowania klimatu.

I vo usłyszałam wczoraj po powrocie z fabryki?

- Te. Wiesz, co zronbił TWÓJ pies? 

- ? [W domyśle: nalał, narobił, ugryzł kogoś, uciekł]

- Zjadł mi kiełbasę z kanapki. Świeżą. Kminkową. Od "Starzika". 

Coż. Zostawiła P(s)inka kiełki, sałatę i paprykę...

 

Dziś się okazało, że Pina pała namiętnym uczuciem do dzieci. Gdzieś tak pomiędzy "nienawidzę" a "zabij to, nim dorośnie i złoży jaja". Głupio, że testować chciała na wnuczce sąsiadki.

- Te. TWÓJ pies jest fałszywy (wyprowadzał ją wtedy mój ojciec)... 

Odpowiedź jest jedna: dzieci w rodzinie ni ma, są koty. To lepiej, że lubi koty, nie? ;)

Pojdzie skubaniec do psiej szkółki. Ot co. 

niedziela, 26 marca 2017

 

... kiedy dumna i blada uznajesz, że zainstalowałaś tabsa w psiej paszczy, wyprowadzasz gnoma na spacer, ogarniasz się, by do pracy nie pójść w dresie [nie żebym w spodniach w kancik prasowanych pomykała, ale jednak...], podsuwasz suczy michę z żarciem pod nos, a nos i reszta psioka znajduje się w twoim łóżku... 

i odkrywasz, że euthyroxik elegancko leży sobie na kocu. 

A skoro o Euthyroxie mowa: 

ten moment, kiedy...

Spoglądam na notki, które zaczełam pisać, ale z jakichś względów ich nie dokończyłam albo nie opublikowałam. Trafiłam też na taką. Nie wiem, co zamierzałam napisać dalej.

Dzisiaj upływają dwa miesiące od chwili, kiedy Sabiszon pobrykał za TM. 

Rok temu na działce - w kubraczku, bo podczas wcześniejszej wizyty znalazła jakieś megapachnidło i nie omieszkała z niego skorzystać.

12472835_941919772523576_8254253323479920893_n

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44